Zaakceptowałem, że jestem Szaleńcem

Znowu patrzę na swoje życie inaczej. Zaakceptowałem, że jestem szaleńcem i to pozwala mi oddychać swobodnie. Zaakceptowałem, że konstruktywne wyrażenie mojego gniewu może rodzić więcej dobra niż potulne zagłaskiwanie się nawzajem na śmierć. Polubiłem swoją frustrację i to otworzyło mi oczy na nowego siebie. Pogodziłem się z myślą, że odstaję od normy, że brzydzę się tworzeniem nowych norm, kanonów piękności, standardów i kręgosłupów moralnych. Brzydzę się kontrolowaniem swojego życia i tymi, którzy chcą kontrolować życie innych ludzi. Gardzę całą biegunową skalą, na której rzeczy są dobre albo złe, bolesne albo szczęśliwe, właściwe albo nieprzyzwoite. Teraz czuję wstręt do ludzkości jaką znam. Do tępej ludzkości nadal podzielonej na rasy, państwa, flagi, orientacje seksualne, religie, prawa spisane w formie nakazów. Czuję wstręt do samego siebie za to, że pozwalam sobie oglądać sześcioletnie, półnagie dziecko na lotnisku skanowane od czubka głowy po koniuszki palców u stóp, potencjalnie uważane za groźnego terrorystę, który planuje wysadzić samolot w powietrze w imię jakiegoś boga. Czuję wstręt do ludzkości, która uważa się za najbardziej rozwinięty gatunek na tej planecie. Gatunek, który uważa w swojej arogancji, że doskonale wie w jaki sposób świat funkcjonuje i ma wszystko pod kontrolą, a jednocześnie otulony strachem, codziennie potwierdza swoją ślepotę brakiem zaufania sobie nawzajem, wątpliwościami, lękiem i niepokojem. Gatunek, który twierdzi że jest inteligentny, i jednocześnie zrzuca bomby na innych ludzi usprawiedliwiając się kodeksem moralnym stworzonym z pola tej samej arogancji, która wytworzyła bomby. Dzisiaj gardzę tymi, którzy powiewają dumnie flagi oddając hołd swojemu najbliższemu podwórku. Dzisiaj gardzę tymi, którzy gloryfikują własną wyższość nad innymi. Dzisiaj serwuję soczystą Kurwę tym, którzy kochają swój ból i namawiają do pozostania w bólu innych.

Jesteśmy bandą leniwych maruderów i pozerów, którzy maskują swoją autentyczną dobroć. Miłość bezwarunkowa jest automatycznym odruchem, nie trzeba się tego uczyć, nie trzeba tego przyswajać od nikogo albo przestrzegać jej odpowiedniej instrukcji i odgórnych zaleceń. Natura jest dobra w swojej istocie, mechanizm który pompuje twoją krew i pozwala słońcu wstać o wschodzie każdego dnia jest perfekcyjnie zsynchronizowaną orkiestrą, który działa harmonijnie samoistnie. Nie musimy się obawiać Natury, nie musimy się obawiać siebie. Nie musimy jej pomagać, nie musimy ponaglać rzek ani budować na nich tam, nie musimy ratować zwierząt przed wyginięciem, nie musimy się modlić o lepszą przyszłość. Bezwarunkowa miłość krzyczy prosto z serca, nie trzeba sobie na nią wcześniej zapracować, nie trzeba sobie na nią tym bardziej zasłużyć. Nie trzeba się jej uczyć, bo każdy ma ją wpisaną w algorytmie intuicyjnego ruchu w przestrzeni swojego Teraz. Najkorzystniejsze rozwiązanie danej sytuacji zawsze pochodzi z serca: to ten nieprzefiltrowany przez nasz umysł ruch, który przychodzi bez wysiłku, niemal niedostrzeżony jak kolejny wdech. Tego jednak nasze ego obawia się właśnie najbardziej. Najbardziej obawiamy się swojej wielkości i tego, że nasze życie mogłoby być łatwe, zrozumiałe, piękne. Obawiamy się tego, że jesteśmy potężnymi istotami, które tworzą wszechświaty przez dmuchnięcie w opuszki swoich palców. Obawiamy się, że w swojej esencji jesteśmy piękni, zdrowi, autentyczni i pełni pasji. Obawiamy się, że nasze marzenia mogłyby się naprawdę spełnić. Wtedy nie mielibyśmy powodów bowiem do tego, żeby psioczyć na świat. Nie mielibyśmy powodów żeby narzekać na politykę, żeby narzekać na brak środków, na brak umiejętności, odpowiedniego partnera albo talentów. Codziennie tępa ludzkość tworzy sobie wymówki, żeby nie być wielkimi twórcami. Codziennie znajdujemy wymówki, żeby nie podążać za głosem swojego serca. Codziennie zgrzytami zębami w nadziei na to, że ktoś nas wysłucha i w grupie równie zaślepionych maruderów znajdziemy akompaniament naszych pieczołowicie wyselekcjonowanych lamentów. Modlimy się o to, że znajdziemy chętnych, którzy zechcą do nas przystać, albo z nami walczyć, obojętne w jakiej kolejności. Misery loves company, as they used to say... Nie można mieć jednak obydwóch, nie można być Bogiem i być Pokrzywdzoną Ofiarą Losu w tym samym czasie bo to są dwie odmienne częstotliwości. Możemy natomiast sobie wybrać, która rola odpowiada nam bardziej w tym momencie.

Nigdy nie rozumiałem egoizmu, nigdy nie rozumiałem sztucznych skal wartości tworzonych tak ochoczo przez ludzi na tej planecie. Jako dziecko obserwowałem jak wyrywa mi się zabawki z ręki w piaskownicy albo zrzuca z huśtawki. Przyglądałem się innym dzieciom, które pluły na czubek mojej głowy kiedy przekroczyłem dozwolone terytorium na moim osiedlu. Teraz przyglądam się dorosłym, którzy nie widzą, że robią dokładnie to samo. Nie widzą swojej ślepoty i ponieważ przywykli do nawyków podzielenia wtłoczonych w ich chłonne jak gąbka młode umysły, stale tworzą podzielony świat wokół siebie. Podzielony świat na „ja kontra oni” albo „ja kontra świat”. W pewnym momencie dotarło do mnie, że jeśli chcę budować piękny świat, muszę zrobić to sam. Jeśli chcę oświecenia, muszę oświecić się sam, jeśli chcę czuć harmonię i jedność, muszę sam ją dostrzec Teraz. Osobiście nigdy nie miałem ochoty uczestniczyć w płytkich sprzeczkach o to, co jest racją nadrzędną. Miałem przeczucie, że odbijanie piłeczki do niczego nie prowadzi. Wiedziałem, że nie muszę wybudować najwyższego zamku z piasku, żeby czuć się spełnionym człowiekiem. Wiedziałem, że nie muszę niczego nikomu udowadniać, albo bronić swojej racji. Czułem, że w życiu nie może chodzić tylko o to, żeby być sprytniejszym od innych, zbierać więcej punktów i kolekcjonować laury uznania doświadczając tymczasowych złudzeń zwycięstwa po wygranej rywalizacji. Wiedziałem, że obwinianie swoich okoliczności i ocenianie zachowań innych jest imitacją prawdziwej inteligencji. Czułem więc intuicyjnie, że zaakceptowanie ich niedojrzałości jest najrozsądniejszym rozwiązaniem i jedynym zarazem, które może ukoić moją ówczesną troskę.

Teraz już totalnie gwiżdżę na cudze wybory i przyjmuję je z totalną akceptacją. Uczę się z tych które oferują ekspansję, odwracam się automatycznie od tych, które nawołują do mobilizacji w lęku. Nie jestem tutaj po to, żeby komukolwiek pomagać na siłę, pierdolę to. Współczucie to jest wibracja zrodzona z Braku. Jeżeli współczujesz innym ludziom, to oznacza, że widzisz ich jako niekompletnych, brakujących czegoś. Ja nikomu nie współczuję, bo w moim nowym świecie każdy jest Bogiem i może doświadczać życia w dowolnie wybrany sposób. W moim nowym świecie każdy jest zdolny, aby spełniać swoje marzenia i odkrywać swój nieskończony potencjał. W moim nowym świecie wszyscy są zdrowi, pełni entuzjazmu i chęci rozwoju. W moim nowym świecie nie ma miejsca na wymówki i rozpraszanie się strachem. Jeszcze chwilę temu chciałem zostać zbawicielem świata i proponować korzystne rozwiązania. Teraz widzę, że nie ma korzystniejszych rozwiązań od innych, poza tym nie chcę się już nikim stawać. Chcę być Teraz i oferować światło w autentycznej, szczerej wersji, jakąkolwiek formę ono przyjmie. Proste i szczere słowa w końcu najłatwiej wypowiedzieć. Kiedyś wierzyłem jednak odwrotnie. Kiedyś obawiałem się, że mówić prawdę cały czas, może przynieść mi niekorzyść, że będę mógł się komuś narazić, że coś stracę. Kiedyś wierzyłem, że chowając swoje sekrety przed innymi ludźmi pozwolę sobie być zaakceptowanym przez nich. Kiedyś byłem miękkim kawałkiem chuja niewyraźnie wystającym zza rozporka. Teraz widzę, że będąc szczerym zawsze można jedynie zyskać więcej siebie. Życie w autentyczności ze swoją pasją to jest bowiem zupełnie inna bajka. Takie życie tworzy ludzi prawdziwych – i ci stają się szaleńcami właśnie dla społeczeństwa, które decyduje się pozostać w objęciach strachu. Jeśli nowi szaleńcy pozostaną pewni siebie i swoich aspiracji, tworzą innowacje artystyczne, filozoficzne, technologiczne, które nadają nową dynamikę całej globalnej wspólnocie i w ten sposób zmieniają, ulepszają świat. Jeśli wątpią w siebie zostają zapięci w białe kaftany, zamknięci w kwadratowych placówkach z kratkami w oknach i wrzuceni do szufladki pod nazwą wariatów. To bardzo subtelna granica, która odróżnia geniusza od wariata. Ta granica nazywa się Zaufanie sobie. Zdecyduj więc, że zostaniesz geniuszem, ale nie oczekuj tego. Zostaw definiowanie twojej wielkości innym. Pozwól ludziom otworzyć się na twoje szaleństwo. Co za różnica, jak zostaniesz nazwany, kiedy w głębi serca wiesz, że jesteś sobą? Oferuj szczerość i oglądaj jak zaczynasz świecić.

Powoli rodzę się w radości. Moje ciało jest w każdej chwili nowe. Rozpościeram dumne skrzydła i z całej siły pierdolę całe cierpienie. Mam wyjebane na marudzenie, dramatyzowanie, pesymizm, szukanie dziury w całym, tworzenie problemów i potem ich rozwiązywanie. Kurwa, bycie egoistą wymaga strasznie dużo wysiłku... Ja polubiłem prostotę. Polubiłem otaczanie się ludźmi którzy tworzą nowe zamiast naprawiać stare. Polubiłem niewiedzę, eksperymentowanie z nią, ciągłą zmianę i asymilację do nowych warunków. Polubiłem błogość jaką daję bycie wariatem. Będę przyglądał się jak porzucam kolejne negatywne wierzenia na swój temat i jak rosnę w swoją prawdziwą naturę. Uwielbiam proces stawania się, uwielbiam bycie drogą, uwielbiam wszystko, co tworzę. Polubiłem nieskomplikowane życie i bycie głupcem, któremu zawsze wszystko wychodzi. Polubiłem bycie outsiderem, który potyka się o własne nogi, upada, zostaje wyśmiewany a tym samym wytycza nowe szlaki dla tych, którzy bali się nimi przejść. Polubiłem swoją odwagę i wiarę w to, że wszystko jest możliwe. Polubiłem ludzi niechętnych moim poglądom, polubiłem też ich lęki. Wiem, że ich tarczą przed nieznanym jest pospolity i znajomy strach i jedyne co mogę im zaoferować to uśmiech i zarejestrowanie ich wyboru. Mam wyjebane na smutek, żal i cierpienie. Nie da się tworzyć cudów będąc skupionym na naprawianiu świata. To są dwie odmienne wibracje. Jedna prowadzi do innowacji, druga do kolejnej pętli braku i niedostatku. Cieszę się zatem, że dojrzałem wreszcie do tego, żeby być czasem skurwysynem i pozwolić cierpieć innym. Pozwolić im dostrzec to, że sami sobie fundują niedolę. Nauczyłem się tego zresztą nie od byle kogo, bo od innych skurwysynów właśnie, którzy mieli głęboko w dupie moje nędzne i prymitywne lęki, niedowierzania i wątpliwości. Gwizdali wesoło kiedy prosiłem o współczucie. I wtedy właśnie nauczyłem się tego, że czasem solidna Kurwa w twarz i przetrącenie komuś karku świeci równie jasnym światłem, co podtrzymywanie przy życiu cudzych iluzji przez siedzenie cicho.

Patrzę dziś z uśmiechem na ludzi walczących o przetrwanie i starających się pielęgnować sztuczny wizerunek przed innymi. Sam robiłem kiedyś dokładnie to samo. Chciałem się wpasować, chciałem być jak inni i należeć do stada. Szukałem akceptacji na zewnątrz, nie kochałem siebie, nie czułem się godny spełniać swoich marzeń i być pewnym siebie. Byłem wręcz mistrzem w byciu nieśmiałym i wiecznie pełnym wątpliwości. Teraz wiem, że wszystko się dzieje tylko i wyłącznie dlatego, że ja powołuję to coś do życia. Moja wibracja krzyczy do mnie światem, na który patrzę otwierając swoje sklejone powieki każdego poranka. Moja wibracja tworzy dla mnie okoliczności, w których przeglądam się jak w lustrze. Spałem więc smacznie i myślałem, że na końcu korytarza czeka mnie śmierć. Teraz widzę w sobie nieskończoność, widzę że umieranie to tylko kolejne doświadczenie dostrojenia, jak przełączenie kanału, jak znalezienie bardziej wyrazistej i jeszcze ciekawszej stacji muzycznej. Mam to w garści, stary. Jestem artystą i rzeźbię piękno z chaosu, a patrząc w lustro widzę zaczarowanego smoka. Zieję ogniem, czuję wolność i gaszę pragnienia czułości. Zaskakuję sam siebie z każdym kolejnym przebudzeniem, z każdym kolejnym „Wow, mogę to robić jeszcze prościej! Mogę być sobą zawsze! Patrz!”.