Osiadam w łagodności

Mosiężne fortyfikacje rozpieszczanego do tej pory ego rozpuszczają się bezwonnie w powietrzu i znikają z pola obserwacji na zawsze. Skrupulatnie opancerzonemu samo-niedowartościowaniu pozwalam odłączyć się od mojej pełnej, obecnej w Teraz istoty. Ranom, po zerwanych więzach z przeszłymi nałogami – mętnymi nawykami myślowymi logicznego umysłu – pozwalam zasklepiać się samym. Nie potrzebują one mojego zatroskania, nie potrzebują bandaży uśmierzających ból. Każda jaźń ma moc, aby wykreować dla siebie chorobę, każda jest też w stanie sama się uleczyć i zregenerować. Jako świadomość, pozostaję obecny i przyzwalający na przeobrażenie. Ciągle drożne i piekące okaleczenia duszy, obmywam czystą źródlaną wodą w rwących potokach górskich. Nie odpowiadam na ich żałosne błagania o stłumienie cierpienia chwilowym zapomnieniem, chwilowym powrotem do znajomej identyfikacji z formą. Nie pozwalam sobie rozproszyć swojej koncentracji w Teraz. Nie oddalam się w żmudne procesy podtrzymujące aroganckie wizerunki. Krwawiące i płaczące, wystawiam swe rany na ciepłe i surowe promienie sąsiadujących ze mną gwiazd. Mijają dni, a skóra mej duszy uczy się w radości jak odbudować samodzielnie tkankę swojego niefizycznego ciała. Otwieram się na naturalne preferencje świadomości nieprzywiązanej do żadnej z form supłami zainwestowanego czasu i rozdrażnionej, stale rozczarowanej emocjonalności. Otwieram się na wielowymiarową kondukcję energii – przesył inteligentnej informacji, która pojawia się w formie spontanicznych uświadomień oraz zaakceptowanego samopoznania. Nie przyswajam już machinalnie instrukcji i wskazówek przedłożonych przez tych, którzy uwierzyli w swoją nieomylność. Nie staram się ulepszać i upiększać doskonałości, którą jestem. Nie duszę swojego potencjału przymuszanymi wdrukami pamięciowymi i powtarzaniem przeterminowanych śpiewek, które wszystkim zdążyły już zrzednąć. Otwieram się na bogactwo bezstronnej mądrości, plastycznego wizjonerstwa i stanowczej ekspresji swoich prawd, które to kryją się w czeluściach mojej bezkresnej jaźni. Pożytkuję z entuzjazmem transparentny pryzmat, którym re-definiuję energię, z którą przyszło mi grać. Posługuję się nicością, aby sprawić rzeczy kompletnymi i wystarczającymi. Biegam ze smokami bez kagańców po podwórkach leśnych przedszkoli, po kryjomu dzielę się posiłkiem z mięsożernymi roślinami pobliskich łąk. Na podwieczorek palę w piecu suchym drewnem, wtulam się w pierz wyrwany z kaczej skóry i topię delikatnie język z szklance nawilżonej orzechowym likierem, chłodzonym na dwóch kostkach krystalicznego lodu. Dzisiaj wgryzam się czule w swoją namiętność do samopoznania. Wgryzam się z rozkoszą w pospolite i bliskie mi Istnienie. Kosztuję miękki i delikatny surowiec opuszków palcy wędrujących powoli po szorstkiej tapicerce twardego fotela, przyswajam tor opadania rzęsy na rumiany policzek, jestem bliski szczytowania. Wszystko wydarza się w jednym momencie, cud życia zaskakuje mnie przyjazną prostolinijnością. Więdnę i wybucham naprzemiennie.

Teraz pozostaje mi jedynie żyć. Żyć w taki sposób, żeby niczego nie żałować. Pozostaje mi być sobą najlepiej, jak tylko potrafię. Pozostaje mi kochać siebie za wszystko, co we mnie naturalne, autentyczne i proste. Pozostaje mi nie wybierać już nigdy strachu, poczucia winy, przebiegłości, uzależnień od czasu, emocjonalności i braku godności osobistej. Wypłukawszy się ze zbędnych ograniczeń logiki goszczę teraz w komnatach dostatku, zjednoczenia i radosnej unifikacji z prawdą bieżącego doświadczenia. Pozostaje mi odważnie co roku dmuchać świeczki na torcie i z jeszcze większym zapałem obdarowywać prezentami moich współtowarzyszy podróży przez wszystkie pozostałe dni w roku. Cierpiących maruderów pozostaje mi już tylko przytulać wyrozumiałym uśmiechem. Bliższych memu sercu, łaskotać po wrażliwych miejscach oraz zdradzać im intymne sekrety na ucho. Pozostaje mi z wigorem pryszczatego nastolatka uprawiać miłość z tymi, którzy nie obawiają się rozpuścić się ze mną w ekstazie. Mogę wszystko. Po raz pierwszy wypowiadam te słowa z pełnym zrozumieniem i akceptacją tej prawdy. Widzę, że jestem w stanie doświadczyć wszystkiego i dlatego nie muszę już za niczym gonić. Nie muszę ponaglać swojego naturalnego tempa zmian. Mogę kłaść lewą stopę po prawej bez pośpiechu i nie zawracać sobie głowy wymyślaniem sztucznych met oddalonych tysiące kilometrów stąd. Kiedy nie próbuję – działam. Kiedy się nie staram – tworzę. Kiedy nie wątpię – wiem. Kiedy nie mam nadziei – żyję Teraz.

Osiadam w łagodności. W przyjmowaniu daru wesołej pracy od świtu, w dzieleniu się chrupiącym chlebem o zachodzie słońca, w harmonijnym obiegu swobodnie poruszającej się energii. Przybieram sylwetki młodego mędrca z pochodnią w ręku, osiwiałego błazna z kulą u nogi, wojownika zagorzale polującego swoimi zatrutymi żabim jadem strzałkami. Ubieram się w postać powabnie tańczącej rusałki między kroplami ciepłego, jasnego deszczu. Odnajduję się w skórze ascetycznego mnicha lewitującego na pomiętym, pożółkłym jesiennym liściu. Jestem cyklopem, druidem, mamutem, dżinem, troglodytą i wiosennym kwiatem pylącym z użyciem wiatru. Tańcząc opowiadam o historiach sprzed lat. Jak Grek Zorba, rozmawiam z egzotycznymi instrumentami, tylko wtedy kiedy one poczują się gotowe, by ze mną grać. Komunikuję się werbalnie z tymi, którzy potrafią przyswoić moje gardłowe brzmienie i sklepić z niej okrągłą myśl. Łączę się niewerbalną, empatyczną nicią zrozumienia z tymi, którzy bardziej lubują się w ciszy i w odnajdywaniu podobieństw pośród milczenia. Cisza jest niezwykle pojemnym medium i uwielbiam korzystać z jej przestronnych transferów. Jest atrakcyjna w swej przejrzystości, niesie wnikliwe, wibracyjnej natury treści, których nie da się odnaleźć po intelektualnej stronie rzeczy. Jest źródłem cennych danych pochodzących z wnętrza naszej prawdziwej istoty. Nie dotyka problematycznych sceptyczności, konformizmu, frustracji wyrosłej na braku zaufania własnym prawdom i naturalnym preferencjom. Jest kolebką prostego Istnienia, żywego w bezpośrednich odczuciach i wybranych interpretacjach teraźniejszości. Jest gniazdem rodzinnym, z której odlatują ciekawe nieznanych krain gryfy, feniksy i dachowe wróble. Cisza jest domem, do którego zawsze można wrócić i zaczerpnąć haustu regenerującego snu.

Nie rozpraszając się wysiłkiem, osiągnięciami, porażkami, nadzieją i rozczarowaniem, widzę doskonałość we wszystkim, co odwiedza mój świat. Gdzie nie spojrzę, widzę przebudzonych mieszkańców nieskończonej Kreacji, widzę wolny wybór w działaniu, widzę bezwarunkową miłość obwieszczającą swoją świeżą prawdę. Niegdyś rozumiałem jedynie tyle, na ile pozwalały mi definicje, których używałem do opisu zjawisk i doświadczeń. Oszukiwałem siebie widząc świat schowany za słowami, teorią, racjonalnością. Ograniczałem potencjał napotykanych obiektów i ludzi przez arogancko przyklejone im do pleców etykiet. Blizny po wyrytych uprzedzeniach i przesądach czytałem smutną logiką i biegunowymi pomiarami. Dodatkowo, kradłem cudze wierzenia na temat świata i akceptowałem je nieświadomie jako własne. Posługiwałem się alfabetem ograniczeń obozującym w ideologii podzielenia jako jedynej słusznej percepcji rzeczywistości. Przestałem jednak uprawomocniać swoje ograniczenia i teraz odczuwam swoją rzeczywistość zrozumiale, przełykam ją ze spokojem i radością. Jestem krzewicielem spokoju, architektem ładu, precyzji i uśmiechu pojawiającego się na twarzy bez przyczyny. Nie tłumaczę swojej radości racjonalnością, nie potrzebuję pożytku, osiągnięć produkcyjnych w czasie, wyrabiania taśmowych norm. Ja surfuję na falach niespolaryzowanego oceanu czystej możliwości. Obcuję w świecie bez mierników wielkości, wskaźników normy i renomy, kryteriów ważności, płotów wyznaczających własność, murów dzielących terytorium. Przybyłem znikąd i do niczego nie dążę. Jestem obecny Teraz na zawsze. Pozwalam Kreacji zmieniać swe oblicze i adaptuję się swobodnie do jej nowych częstotliwości. W symbiotycznym tańcu treści i formy, odnajduję się w niedefiniowalnej istocie przyzwalającej Świadomości.