O Wartości Bycia Sobą

Nie doceniając siebie w pełni jestem tylko namiastką miłości.

Nie wyrażając siebie w pełni tylko namiastką miłości dzielę się z innymi.

 

Zaczynam uświadamiać sobie kolejną ograniczającą skłonność Umysłu, której nieświadomie zawierzałem przez większość mojego dotychczasowego życia. Dostrzegam powód wszystkich moich starań, wszystkich moich wysiłków, które prowadziły mnie do bycia kimś innym, niż jestem w swojej naturalnej postaci. Dostrzegam bodziec, który odseparowuje mnie od bezstronnej, bezwarunkowo kochającej Jaźni, którą jestem zawsze. Teraz widzę wyraźnie, że główną motywacją do zmiany moich warunków zewnętrznych oraz chęć podporządkowywania sobie okoliczności życiowych i ludzi w moim środowisku, pochodziło zawsze z mojej wewnętrznej niezgody na to, kim jestem w bieżącym doświadczeniu. Czułem się niepełny, niekompatybilny, odseparowany. Czułem się niepasujący do społeczeństwa i jego temperujących naturalny rozwój uwarunkowań. Próbowałem kompletować i uzupełnić pozornie brakujące elementy mojego wnętrza przez przywłaszczanie sobie doświadczeń, obiektów i ludzi świata zewnętrznego. Cały czas zdarza mi się kreować sprzeciw w stosunku do tego, co mam przed oczami. Mój opór lub niezgoda na wybrane zjawiska i ludzi pochodzi bezpośrednio z braku docenienia swojej roli i swojego niepomiernego wkładu w tworzenie tej cudownie synchronicznej symfonii, jakim jest ruchome życie. Długo stylizowałem się na estetykę prezentowaną przez innych artystów, twórców, odkrywców, zamiast docenić swoją innowacyjność, niepowtarzalność i jedyną w swoim rodzaju perspektywę widzenia. Wystawiałem się na próby i testowałem swoją wartość, jako istoty żywej. Czułem się niewystarczająco rozumiany, niewystarczająco atrakcyjny, nie wystarczająco bogaty, nie wystarczająco kochany. Czułem, że muszę sobie zasłużyć na to, żeby żyć i być akceptowany w społeczeństwie. Chciałem zalepić pustkę powstałą w Sercu i odnaleźć siebie w zarobionych pieniądzach, w wysłuchanych komplementach, w płytkiej rozrywce dającej chwilowe stany uniesienia, w przyjętych słowach uznania lub w otrzymanych prezentach. Wszystkie te błyskotki świata zewnętrznego miały zastąpić prawdziwą bliskość, szczerość i sens pojednania z samym sobą. Pomysłem mojego Umysłu na zalepienie wewnętrznej pustki było utożsamianie i uzależnianie się od kolejnych przejawów empirycznie przyswajalnego świata zmysłów.

Czułem się niedoceniony, niekochany, nieszanowany, nie wpisujący się w czyjeś wyobrażenia piękna. Ponieważ dużo łatwiej było mi nie wyrażać tych uczuć, niż mierzyć się z lękiem bycia wyśmianym lub odrzuconym, kreowałem dla siebie wiele rozwiązań oferujących tymczasową ucieczkę i unik przed niechcianym doświadczeniem odtrącenia. Prowokowałem wiele sprawdzianów, w których mogłem udowadniać przed sobą własną wartość. Nie dostrzegałem wartości w samym Byciu. Tworzyłem dla siebie projekcje rzeczywistości, które miały mnie pokrzepić w przekonaniu, że jestem godzien życia, jeśli tylko sobie na tą godność zapracuję wyrzeczeniami, nielubianą pracą i bolesnymi poświęceniami. Szukałem w ten sposób logicznych powodów, dla których miałbym być warty bycia częścią Egzystencji. Moje mizerne zabiegi podejmowane w celu wywołania podziwu z zewnątrz utwierdzały jedynie poczucie braku godności osobistej, który cały czas rezydował wewnątrz mego Serca. Moje napuszone Ego zasłaniało się dumą i honorem, rosło w siłę na chwiejnych ambicjach sprostania oczekiwaniom rodziców, nauczycieli, przełożonych w pracy, partnerek życiowych lub przewodników duchowych i mistrzów, u których pobierałem nauki. Walcząc o cudzą miłość i wzbudzenie czyjegoś uznania, walczyłem z wiatrakami. A bitwy te trwały długo. Podejmowane były zawzięcie i z uporczywością, ponieważ nie potrafiłem tej miłości sam sobie podarować. Nie potrafiłem jej dostrzec stale tlącej się w przestrzeniach Świadomej Obecności każdego doświadczalnego momentu.

Ostatecznie, moje cierpienie wewnętrzne zaczęło mi doskwierać zbyt dokuczliwie. Okazało się zbyt uciążliwym ciężarem, który przestałem tolerować. W momencie znalezienia się pod ścianą, w momencie, w którym dotknąłem dna… Wtedy dopiero odpuściłem swoją upartość i pozwoliłem, aby dopadły mnie wszystkie moje demony. Doświadczyłem po kolei wszystkiego, czego obawiał się mój Umysł. Ku mojemu zdumieniu, spotkania z lękiem, złością i smutkiem oko w oko, zawsze okazywały się znacznie łagodniejsze i mniej dotkliwe od wyobrażeń, którymi karmiło mnie moje Ego. Doświadczenia te były pełne oczyszczających łez, pełne wzmacniających okrzyków i pełne wstydliwych rozmów z najbliższymi, w trakcie których odkrywałem nowe możliwości wyrażania siebie. W przeciwieństwie do tego, jak przedstawiał je Umysł w wyobrażeniach, każda z tych ekspresji okazała się bardzo podnosząca na duchu i wzmacniająca moją operatywność. Każda pokrzepiła moją żwawość i dynamiczność. Każda z tych przebytych inicjacji – doświadczeń metamorfozy własnej Jaźni – pomimo tego, że momentami bolesna, finalnie okazała się najlepszym antidotum ma moje iluzoryczne słabości. Inicjacje, które zdecydowałem się przejść podlały moje korzenie energetyczne łączące mnie z Planetą i moimi przodkami. Rozgrzały moje zapomniane, prometejskie serce i przypomniały o dawno nieużywanych skrzydłach asertywności. Patrząc wstecz na wszystkie wydarzenia, które zbudowały aktualną wersję mnie, dostrzegam pewną prawidłowość. Widzę, że można długo zwlekać z tym, co i tak jest nieuniknione. Konfrontację z samym sobą można odkładać na później przez całe miesiące, lata lub kolejne wcielenia. Nie da się jednak całkowicie obejść tego, co nieodwołalne. Połączenie ze swoją Prawdziwą Jaźnią – bezwarunkowo kochającą Przestrzenią Obecności – jest nieuchronne dla każdego z nas. Wszystkie ziemskie drogi prowadzą do pojednania z Twórcą-Absolutem, którego pierwiastek nosi w sobie każdy z nas. Identyfikacją z własnymi wątpliwościami możemy jedynie przeciągać ten moment. Moment wyjścia poza iluzję podzielenia i powtórnego scalenia z Nieskończonym.

Wszystkie moje urojone ubytki, luki i mankamenty były niczym więcej, jak uwagą Umysłu skierowaną na wyobrażeniu czegoś, czego nie ma. Z łatwością zapuszczałem się w alejki fikcyjnych domniemań i przypuszczeń o tym, co inni ludzie mogą myśleć lub czuć na mój temat i mojego zachowania. Żyłem, aby zaspokajać oczekiwania innych i sprawiać wrażenie człowieka bezkonfliktowego, zawsze posłusznego, nie sprawiającego żadnych kłopotów. Moja nadmierna zapobiegliwość, dławione uczucia i nie wyrażanie swojego stanowiska otwarcie pociągnęły mnie do ciągłego odgrywani roli marudnego, wiecznie pokrzywdzonego fajtłapy. Zbyt ostrożne, a wręcz sterylne traktowanie cudzej przestrzeni, okazało się środkiem represyjnym i karą, którą wymierzałem zarówno sobie, jak i innym. Oczywiście moje utożsamienie z rolą poszkodowanego przez życie niezdary, było starannie podtrzymywaną maską z poziomu Ego. Maską tego, który cierpiał wewnętrzne katusze za każdym razem, kiedy robił lub mówił coś w niezgodzie ze sobą. Myliłem się co do tego, że miłość otrzymana z zewnątrz może zastąpić tę, którą sam do siebie czuję. Ta bowiem nie jest uwarunkowana moim wyglądem, aktualnym nastrojem, wiekiem albo stanem finansowym lub zdrowotnym. Miłość do siebie nie jest uzależniona żadnymi czynnikami świata zewnętrznego i zmiennymi formami upływających bezwiednie w czasie. Miłość do siebie jest stała, niezmienna, trwała. Jest przyzwoleniem sobie na to, aby podążać za uczuciami pochodzącymi bezpośrednio z ciała. Jest przyzwoleniem sobie na to, aby wyrażać te uczucia swobodnie i z gracją. Kiedyś nie wiedziałem, co to znaczy kochać siebie bezwarunkowo. Podjąłem jednak wyzwanie i nauczyłem się tego w procesie transformacji. Stale się tego uczę. Uczę się dostrajać do bezstronnej energii totalnego Przyzwolenia i Akceptacji. Robię to upadając i podnosząc się z własnych kolan, raz po raz. Nie muszę już dłużej ganić się, kiedy pojawi się odczucie niedocenienia lub nagradzać się za to, że udało mi się osiągnąć swój kolejny cel. Przyzwalam na każdą lekcję, jaką życie ma mi do zaoferowania i z uwagą obserwuję jak wzbogaca moją Świadomość o kolejny pożyteczny wgląd.

Ta maska płochliwego, nieodpowiedzialnego i pretensjonalnego dzieciaka przysłaniała prawdziwego mnie – odważnego, pewnego siebie i pełnego miłości mężczyzny. Dojrzałego człowieka, który wie, czego chce, i wie że jest godzien urzeczywistniania swoich ideałów. Tego, który nie chce być „dobry” w opozycji do „złego”. Tego, który chce być szczery i autentyczny bez względu na to, jaką tonacją ta szczerość emanuje. Długo zasłaniałem się maską potulności – kontrolowaniem swojego naturalnego, zmiennego, często bardzo żywiołowego zachowania. Zdarzało się, że przyjmowałem postawy cichego obserwatora, chociaż wewnątrz kłębiły się we mnie całe plejady rozdrażnień i wątpliwości. Co jakiś czas odwiedzały mnie chmary gniewu, czasami pojawiały się chaotyczne tabuny niepokoju. Obawiałem się wypuścić je wszystkie z klatek wolno na zewnątrz. Obawiałem się uwolnić w sobie nieustraszonego smoka, który gwiżdże na cudze komentarzem zniechęcającej krytyki, niedowierzania i pogardy. Obawiałem się używać swojej Mocy Sprawczej, bo zakładałem, że może wyrządzać krzywdę i ranić innych ludzi. Miałem w sobie lęk związany z brakiem gotowości na sięgnięcie po swoje marzenia. Iluzje Umysłu nie koncentrowały się więc na moich zaletach, unikalnych umiejętnościach, cennych jakościach, które powodowały, że sprawnie funkcjonowałem na planszy życia. Destrukcyjne, pesymistyczne myśli Umysłu raczej starały się mi udowadniać, że jestem zbędnym, niepotrzebnym ogniwem w łańcuchu przyczynowo-skutkowych konieczności. Próbowały bagatelizować mój wkład w budowanie kompletnej mapy Wszechświata. Każde moje osiągnięcie kwitowały jako niewystarczająco dobry wynik, niewiele znaczący rezultat, lub po prostu zbieg okoliczności, który i tak nie zmieni mojego beznadziejnego położenia. Nakłaniały mnie do stawiania się w pozycji niepotrzebnego nikomu pionka, który nie może wiele zdziałać na szachownicy pełnej sprytniejszych, bardziej uzdolnionych figur. Moje trujące myśli ironizowały, że chęć realizowania swoich marzeń, to nic innego jak porywanie się z motyką na Księżyc. Nakłaniały mnie do ustąpienia i odejścia w cień. Namawiały do tego, aby na wieczność pozostać w roli pokrzywdzonej ofiary losu, której nie pozostało nic innego, jak podporządkować się zastałym regułom gry, schylić nisko głowę w dół i grzecznie przejść przez to trudne życie w samotności. Po nadaniu zbyt dużej wagi tym kąśliwym myślom, stały się przywiązaniem trudnym do rozplątania. Ostatecznie, moje rzekome braki i niedociągnięcia stały się idealnym pretekstem do podżegania mojej niskiej samooceny. Te negatywne myśli stały się narzędziem używanym przez mój cwany Umysł do tego, aby nieprzerwanie gonić za sposobnościami do powielania i powiększania koncentracji umniejszających mojej wartości.

Po czasie nieprzerwanej, stanowczej pracy nad sobą i szlifowania umiejętności świadomej, precyzyjnej i uważnej komunikacji, dostrzegłem w swoim życiu wiele zmian na lepsze. Pole energetyczne mojego ciała mentalnego uległo potrzebnemu wypolerowaniu. Moja kondycja fizyczna, intelektualna i emocjonalna również uległa znacznej poprawie. Wszystkie poziomy mojego jestestwa skorzystały na tym na równi. Osadzony gruntownie w swojej subiektywnej Prawdzie Serca, zacząłem zauważać bardzo wyraźne zmiany w nowo tworzonych relacjach międzyludzkich. Dostrzegłem w sobie znacznie więcej swobody, zdecydowania, przyjaznego wszystkim wdzięku i przyciągającego luzu. Kiedy zaprzestałem surowego osądzania siebie i oceniania ludzi obecnych w moim polu obcowania, zacząłem zauważać, że tymi osądami przez cały czas sam sobie wyrządzałem krzywdę. Ludzie oblepieni przeze mnie etykietami gnębicieli i potworów, przez cały czas jedynie odzwierciedlali mi moje wewnętrzne skupienie energetyczne. Odpowiadali jedynie na moje wibracyjne stężenie energii wysyłane z ciała w postaci słów, gestów, myśli, wyobrażeń, czynów. Ludzie, którzy pełnili rolę katów i oprawców w moich myślach, okazali się więc najlepszymi nauczycielami – to oni w końcu w najbardziej wyraźny sposób pokazywali mi moje ograniczenia. Odzwierciedlali niczym lustra wszystkie negatywne opinie, jakie przyjąłem na swój temat. Odgrywali role postaci stworzonych w mojej głowie. Urealniali moje umysłowe gierki podparte kolumnami przyjętych przeze mnie systemów wierzeń i konceptualnych identyfikacji z wybraną interpretacją.

Odpuszczając swojej znajomej roli zrzędliwego krytyka, szybko zacząłem zauważać manifestacje pełne gracji i wdzięku – były to dla mnie konkretne dowody i potwierdzenia tego, jak wielce skuteczne w procesie osobistej transformacji jest podążanie za pasją mężnego Serca. Dostrzegłem, jak wiele pożytku moje otwarcie, zmiana interpretacji i nastawienia do moich okoliczności, przynosi zarówno mi, jak i moim bliskim. Po całkowitym zaakceptowaniu w sobie tego, co we mnie najciemniejsze, nastał okres odrodzenia i rewitalizacji. Odnowa biologiczno-energetyczna rozpoczęła się więc od przetransformowania moich cieni w ekspresje pełne światła. Po zrezygnowaniu ze zbędnych oczekiwań, pojawiły się pierwsze podziękowania rzucane w moim kierunku. Pojawiła się wdzięczność ze świata zewnętrznego za to, że potrafię mówić otwarcie o tym, co myślę i czuję. Pojawiły się wyrazy uznania i podziwu za to, że potrafię spełniać swoje marzenia i śmiało kroczyć drogą wybranych pasji. Niezrozumiały dla umysłu paradoks polega tutaj na tym, że te wszystkie piękne doświadczenia, za którymi tak bardzo tęskniło moje Serce, zaczęły pojawiać się po zrezygnowaniu z wysiłku wkładanego w celu otrzymania ich. Moje marzenia miały bowiem możliwość zamanifestowania się w mojej Rzeczywistości Teraz, jedynie w momencie odpuszczenia pragnieniom posiadania tych doświadczeń w przyszłości. Spełnione marzenia zaczęły po jakimś czasie wyrastać same, jak grzyby po deszczu. Marzenia rozkwitały bujnie, kiedy zacząłem je dostrzegać w chwili teraźniejszej. Kiedy zacząłem żyć nimi na co dzień, zamiast oczekiwać, że jakaś zewnętrzna siła jest odpowiedzialna za dostarczenie mi ich na złotej tacy. Wcześniej, pogrążony fantazjami galopującego Umysłu, odrywałem się od cudu aktualnej manifestacji. Zahipnotyzowanie umysłem zanieczyszczonym uprzedzeniami nie pozwalało mi docenić tego, co aktualnie dane mi było doświadczać. Moje lenistwo sprawiało, że wygodniej było mi zakładać maskę osoby wiecznie pokrzywdzonej przez zewnętrzne okoliczności. Dużo łatwiej było mi udawać, że to inni ludzie są winni mojego złego samopoczucia. To wieczne wyczekiwanie właśnie blokowało mnie przed wyjściem do świata. Ono mnie zżerało od środka. To wieczne czekanie na zmiany, czekanie na odpowiedź, czekanie na ruchy świata zewnętrznego. Teraz już nie czekam na nic, bo widzę, że mam wszystko, czego potrzebuję. Zmieniam swój świat sam, od środka, małymi kroczkami. Każdego dnia przekształcam swoją perspektywę widzenia w coraz bardziej kochającą, współczującą i ekspansywną. Każdego dnia zapuszczam solidne korzenie w poczuciu Jedności i przynależności do Planety Ziemi. Każdego dnia używam też skrzydeł, aby odważnie wzbijać się w kierunku innych planet – jej sióstr i matek. Zespajam się w ten sposób ze Źródłem wszelkiego ruchu, synchroniczności i zmiany. Pod pelerynami chłodnych nocy, w bezruchu ciszy odwiedzam gościnne gwiazdy. One żarzą się zawsze jaśniej na widok prężnie bijącego serca i świadomego, spokojnego oddechu. Zakorzeniony w marzeniu i uskrzydlony bogactwem darów Ziemi, pozwalam gwiazdom powoli wpełzać w moje oczy. Oglądam jak karmią czułe wizje współbrzmiące z kipiącym radością Sercem. Nieznajome, opiekuńcze gwiazdy, doglądają co noc czystości i zdrowia mojej śniącej, odprężonej Duszy.