Nie mam nic na sprzedaż

Nie mam nic na sprzedaż – mam za to całego siebie do zaoferowania. Uświadomienie sobie tej nowej Prawdy maluje na mej twarzy spokojny uśmiech beztroską akwarelą. Jednocześnie, kruchym, suchym węglem rysuje na czole niewielką, zakłopotaną zmarszczkę. Przynosi konsternację równolegle z ulgą. Wywołuje zakłopotanie dlatego, że mój bojaźliwy umysł logiczny nie wyobraża sobie zaakceptowania tej świeżej Prawdy i weryfikacji nowego skupienia w fizycznym świecie. Mój umysł obawia się wyrwania z cyklu powtarzanego całe życie i przyjęcia alternatywy Nieznanego. Umysł nie widzi możliwości egzystowania w świecie bez sprzedaży, bo jedyne co zostało mu wpojone to przymus ciągłego zapracowywania sobie na własne Istnienie. Od dziecka było mi wmawiane, że muszę sobie zasłużyć na to, żeby być częścią rodziny, szkoły, kościoła, narodu, świata. Że muszę dołożyć swoją cegiełkę, że muszę się dokształcić, że powinienem robić coś pożytecznego, że powinienem przestrzegać zasad i dzięki temu zostanę zaakceptowany i nagrodzony. Dzięki temu będę należał do stada i uniknę bolesnych kar. W ten sposób podlewane Ego, czując się wiecznie niewystarczające, brakujące i niepełne, próbuje zasłużyć sobie na swoje Istnienie. Szuka aprobaty z zewnątrz poprzez produkowanie powodów, które miałyby tę wewnętrzną pustkę zalepić. Ego produkuje powody do pochwał, oklasków i dumy, które to otrzymane z zewnętrznych źródeł, uzasadniają jego działania podszyte sztuczną maską i strachem. Pochwały, polubienia, podziękowania są jak słodkie marchewki na kiju – kiedy zdobyte, uśmierzają tymczasowo ból i wewnętrzny brak akceptacji samego siebie. Głównym prowodyrem i motywacją do podtrzymywania swojego sztucznego wizerunku przed innymi jest bowiem brak godności osobistej, który to nie pozwala nam być naturalnym i autentycznym zawsze. Ego będzie wyszukiwać więc racjonalnych motywów w czasie, logicznych kompromisów, niezdrowych aktywności energetycznych bazujących na idei podzielenia, które usprawiedliwią jego stałą walkę o przetrwanie, stałym dopasowywaniu się do ram ekonomicznych, kanonów piękności, norm prawidłowego zachowania. Ego nie docenia życia w Teraz, nie dostrzega jego perfekcyjności, dlatego szuka balansu i zmian. Uczepia się programów polaryzacji, osądów i ocen, pozwalających mu bezpiecznie zatoczyć koło nałogu własnego cierpienia. Ego walczy, bo obawia się poddać. Obawia się porażki i unika jej jak ognia, dlatego, że jego algorytm zaprogramowany jest na ciągłe osiąganie kolejnych zwycięstw i omijanie porażek. Algorytm Ego jest zaprogramowany na ciągłe balansowanie między dobrym a złym, między zdrowym a niezdrowym, między bezpiecznym a niebezpiecznym. Ego jest zaprogramowane na poszerzanie swojego imperium i bezrefleksyjne ciągłe parcie wprzód. Ego obawia się prostego, szczerego życia bez celu, bez przypiętej definicji wielkości, znaczenia, zysku, pożytku. Obawia się wyszydzenia, obawia się utracenia komfortu, obawia się niebezpieczeństwa z zewnątrz. Ego żyje w strachu, wątpliwości, stresie, a najbardziej ze wszystkich rzeczy obawia się beztroskiej radości i autentyczności – w nich bowiem przestaje istnieć. Zatem, kto podtrzymuje w swoim umyśle te niekorzystne interpretacje rzeczywistości, stale powtarza samo-destrukcyjny cykl. Produkuje motywy działań w czasie, najczęściej zabarwione wysiłkiem, napięciem, wyrzeczeniami, które uzasadniają jego Istnienie. Ego szuka sposobów bycia przydatnym, produktywnym, efektywnym, wartościowym w oczach innych. Szuka też sposobów bycia gorszym, pokrzywdzonym, niedocenionym szukając współczucia i litości. Inaczej mówiąc – żyje dla innych, a nie dla siebie. Nie wierzy w siebie, wierzy w opinie innych. Dekoruje swoje produkty nieszczerą, plastikową peleryną z błyszczącymi cekinami-wabikami i szuka potencjalnych kupców swoich fabrykacji. W ten sposób usprawiedliwia swoją celowość i sens jako jaźń istniejąca. Ego nie wyobraża sobie istnienia bezwysiłkowego i tworzenia bez trudów, życia bez uciążliwych problemów, kompromisów, zmartwień, którym trzeba stawić czoło. Ego czuje się niepewnie w Teraz, dlatego produkuje sensy działań, relacji, interakcji, które miałyby to poczucie niebezpieczeństwa tymczasowo przysłonić. Boi się zmierzyć z surowym, autentycznym życiem, stara się więc unikać tego, co definiuje jako złe i niekomfortowe na swojej skali pomiarów, segregacji i podziałów. Procesami w czasie tworzy iluzję „mety” – projekcję rzeczywistości oddalonej od bieżącego doświadczenia Teraz, w której trzyma wszystko pod kontrolą, w której rzeczy zmienia na lepsze, w której się liczy. Wibrując jednak brakiem bezpieczeństwa i brakiem akceptacji obecnego stanu rzeczy, stwarza sobie coraz to nowe okazje do tego, aby utwierdzić swoją trwożliwość, wahanie i samo-stymulujące się rozdarcie wewnętrzne. Cykl zostaje nieprzerwany dopóki jednostka nie dostrzeże tego mechanizmu z poziomu Świadomości. Rozpoznanie swojego uzależnienia jest jedyną możliwością, aby zaprzestać go ponownie wybierać. Aby wyjść z cyklu, który nam już dłużej nie służy, należy zaprzestać uprawomocniać ograniczone mechanizmy podzielonego umysłu i otworzyć się na inne możliwości interpretacji swojej rzeczywistości. Aby uwolnić się z kajdan każdego przywiązania trzeba zacząć inaczej definiować swój świat przedstawiony, a nie zmieniać go zewnętrznie-fizycznie, ingerując w wolną wolę istot egzystujących w jego obrębie. Aby się wyzwolić, trzeba zacząć patrzeć w głąb – tam zaczyna się wszystko.

Nie mam nic na sprzedaż, mam za to całego siebie do zaoferowania. Przyjęcie i zaakceptowanie tej prawdy przynosi niezmąconą ulgę i zimnokrwisty spokój. Oddala mnie od irytujących pętli udowadniania samemu sobie własnej wartości przez masową produkcję masek na sprzedaż. Eksplorowanie tej prawdy pozwala mi wydostać się z klatki posłuszeństwa, klatki odpowiedzialności, klatki nieszczerych zachowań nastawionych na generowanie zysku. Oddala mnie od zrobotyzowanych reakcji emocjonalnych. Rozwiewa złudzenia, które blokowały mój potencjał głodny transformacji i innowacyjnych kąsków Nieznanego. Zmęczyłem się kalkulacją i myśleniem przyczynowo skutkowym. Zmęczyłem się obmyślaniem planów, które miałyby mnie przysunąć do wygodniejszej pozycji na szachownicy życia. Zmęczyłem się wysiłkiem i płaceniem za swoje wygodnictwo, zaciąganiem pożyczek i spłacaniem długów, regulowaniem i kontrolowaniem przychodów, rozchodów. Zmęczyłem się obiecywaniem i oczekiwaniem spełnienia moich oczekiwań. Zmęczyłem się pracowaniem na wakacje w przyszłości. Zmęczyłem się stałym mierzeniem swojej wartości przez liczenie ilości monet w kieszeniach. Zmęczyłem się nadzieją, że odpowiednia ilość papierów z symbolami martwych króli zapewni mi bezpieczeństwo i poczucie wolności. Zmęczyłem się odpowiedzialnością za innych ludzi i poprawianiem ich poduszek pod głowami. Nie wierze już dłużej, że cyfry na pulpicie konta bankowego mogą stanowić o moim poczuciu stabilności, że mogą dyktować moje kolejne ruchy, że mają wpływ na mój stan bycia względem okoliczności, których doświadczam. Teraz wybieram, aby nie czuć się zależny od tych zewnętrznych faktorów. Teraz wybieram, aby nie podporządkowywać się swoim lękom i śmiało prezentować swoje autentyczne oblicze. Teraz wybieram, aby odwrócić się od jednego z moich największych nałogów – sprzedawania swojej ciężkiej pracy oraz oczekiwania wygody i bezpieczeństwa w przyszłości. Teraz oglądam wybór który rozwiewa złudzenie polaryzacji i pokaże mi kim jestem, kiedy stoję nagi – obdarty z ludzkich ułomności.

Moja podróż życiowa to rezygnowanie z kolejnych masek. To podążanie za światłem i odnajdywanie się w przyzwalających atrybutach nieoceniającej Świadomości. To zdejmowanie filtrów separacji, które przyjęły formę negatywnych wierzeń, uzależnień i niezdrowych utożsamień – zarówno na swój temat, obiektów w przestrzeni, ludzi, jak i całego empirycznego świata stworzonego w danym Teraz. Przekraczam kolejne lęki przez akceptowanie siebie i swoich naturalnych preferencji w pełni, niezależnie od tego, jakie one są w danej chwili i czy spełniają wymagania „normalności” i „racjonalności” w oczach innych ludzi. Każde doświadczenie niesie ze sobą fontannę nowych uświadomień i wglądów, nie ma zatem powodów, aby oceniać doświadczenia innych i porównywać je ze swoimi. Można usłyszeć milion razy od tysiąca różnych ludzi o tym, że ogniem można się poparzyć i zrobić sobie krzywdę. Jedynie doświadczenie tego na własnej skórze jednak uczy nas właściwości i charakteru tego żywiołu. Uczy nas, że jeśli zmienimy podejście i przestaniemy się go obawiać, to możemy ogniem całkiem wiele zdziałać. Jeśli sami nie zechcemy rozżarzyć ognia w swoim sercu, to nie stworzymy sobie okazji ani do tego, żeby się oparzyć, ani też na to, żeby wyczarować piękne, tańczące ognisko wysoko w górach. Nie stworzymy ogniska zapewniającego ciepło i widoczność w chłodną, ciemną noc. Nie będziemy w stanie stworzyć warunków, przy których wesoła rodzina muzyków wspólnie spożywa ciepły posiłek, dopóki nie zaczniemy akceptować ognia, rozmawiać z nim i uczyć się go powoli, zamiast obawiać tego, co oferuje. Kiedy samodzielnie zaczynamy rozmawiać z ogniem i akceptować w pełni jego porywczą ekspresję, zamiast uciekać od niego bazując na swoich lękach okraszonych cudzą teorią, wtedy odkrywamy wspólny, uniwersalny język, zrozumiały zarówno przez ogień, jak i przez nas – język wibracji, język pasji, język intymnego przyzwolenia na eksplorację siebie nawzajem. Rozmawiając w ten sposób z istotami, które odwiedziły nasz świat, otwieramy się modele wymian i połączeń, które nie mają nic wspólnego z handlem i transakcjami pt. „coś za coś”. Otwieramy się na rzeczywistości, w których czyste światło jest oferowane bez nadziei na otrzymanie czegokolwiek w zamian. Odkrywamy realia, w których światło jest rzeźbione w pasji i darowane wszystkim jedynie z samej radości obdarowywania. W ten sposób świadoma swojej Prawdy Jaźń tworzy symbiotyczną relację ze swoim środowiskiem – przez bezinteresowne oferowanie swojej pasji i akceptowanie tego, co ta pasja dla niej odsłania. Przez przystawanie przy swojej Prawdzie bez względu na okoliczności. Kiedy przenosimy swoje skupienie, rezygnujemy z kontroli swojej projekcji świata i kierunkujemy naszą energetyczną koncentrację na płaszczyznę Przyzwolenia, Akceptacji i Zaufania – przybliżamy się do wersji światów, które takim interakcjom dopingują i takie modele wspierają. Świadomość staje się wtedy jeszcze atrakcyjniejszym narzędziem do dalszej ekspansji, zabawy i samorealizacji. W łatwości pozwala na innowację, ponieważ nie blokuje się powinnościami i grą w wycenę i mierzenie swoich dzieł, projektów, kreacji. Nie martwi się już dłużej tym, że musi zostać zapakowana do błyszczącego pudełka, albo że musi zostać włożona w modną ramkę. Nie twierdzi, że powinna zostać udekorowane definicjami pożytku, odpowiednio wypromowana i sprzedana po 100 złotych za sztukę. Boska Świadomość wykluwa się jajka, kiedy przestaje być sprzedawana, a zostaje zaakceptowana jako podarunek – pospolity, smaczny cud.

Otwierając się na doświadczenia, które uruchamiają nasze niepokoje, wątpliwości i wstyd, dajemy sobie piękną okazję wyraźnego ukazania tego, jakie moduły naszego systemu wierzeń i interpretacji rzeczywistości sprawiły, że teraźniejszy ogląd sprawia nam ból lub frustrację. Podążanie tą drogą wymaga pokory i wrażliwości. Często wymaga samotności i ciszy. Wymaga pokory, bo krocząc tą ścieżką odkrywamy, że nie możemy nikogo winić za obecny stan naszego życia. Odkrywamy, że żadne zewnętrzne czynniki nie mają wpływu na nasze decyzje. Odkrywamy, że równomiernie ze wszystkimi naszymi osiągnięciami, jesteśmy tak samo odpowiedzialni za wszystkie nasze udręki i zmartwienia. Wymaga pokory, bo często prowadzi naszą jaźń do przyznania przed samym sobą, że sposób relacji, jaki tworzyliśmy z poszczególną projekcją, jest cierpieniem, które sami za sobą ciągniemy. Odpuszczenie definicjom, wierzeniom i osądom jest bolesne. Jest jak zerwanie plastra i wystawienie swojej rany na mroźne, ostre powietrze. Proces, który kruszy nasz egoistyczny wizerunek bywa bolesny i niekomfortowy. Jest pełen łez, krzyków i lamentów. W tym właśnie intymnym momencie, kiedy uniżymy się na tyle, aby przyznać przed samym sobą swoją miałkość, brak godności i pewności siebie – odkrywamy nową wersję siebie – silniejszą, swobodniejszą, bardziej zrównaną z naszymi naturalnymi preferencjami jako Świadomości Przyzwalającej. Cierpimy zwalniając natłok myśli, który był przyzwyczajony do ciągłej gonitwy. Cierpimy zatrzymując się na chwile, kiedy jedyne co znaliśmy to „następny krok”. Cierpimy obserwując nasz świat bez utożsamiania się z nim i cierpimy nie ingerując w jego zmianę. Cierpimy, bo śmierć Ego i narodziny Boskości to seria intensywnych przeżyć. Nie trwa to jednak wiecznie. Kiedy doświadczenie bólu, frustracji, niepewności jest zbadane, zaakceptowane, zostaje przyjęte przez Świadomość i zintegrowane z nią. Po chwili odchodzi w niepamięć i nie ukazuje się już nigdy w takiej samej formie na naszej palecie doświadczeń, ponieważ to my nie definiujemy już go dłużej w negatywny sposób. Kiedy zdecydujemy się w końcu puścić niepotrzebny bagaż przeterminowanych zmartwień, interpretacji i udręk umysłu, dostajemy zaproszenie do tego, żeby przyspieszać ze zwiększoną siłą, wzmożonym dynamizmem i elastycznością. Zauważamy możliwość eksploracji świeżej Jaźni – nieprzywiązanej już dłużej do przeszłych napięć energetycznych, które decydowaliśmy się uprawomocniać kiedyś swymi lękami – projekcjami niepewnej przyszłości. Przekraczamy lęki przez bycie nimi w każdym calu i dostrzeganiem w nich piękna. Przekraczamy lęki doceniając informację i wibracyjnej natury treści, które niosą. Doświadczenie naszych największych lęków w pełni i objęcie ich totalnym przyzwoleniem jest tym, co oferuje natychmiastowe odprężenie i poluzowanie od danego przyzwyczajenia na zawsze. Kiedy przyjęte w całości, doświadczenie lęku zostaje wchłonięte do naszej Pełnej Jaźni jako kolejna poznana perspektywa, na którą zasłużyliśmy. Jako kolejny sposób ekspresji, jako kolejny sposób na to, aby wyrazić Nieskończonego. Dzięki temu zabiegowi, nasza Pełna Jaźń stale się rozrasta, pokornieje i uwrażliwia tworząc nowe połączenia, nowe syntezy, nowe unifikacje. W ten sposób tworzymy nowe możliwości ekspresji i świeże modele relacji, których możemy używać do tworzenia swoich następnych doświadczeń.

Dzisiaj zdzieram łuskę z oka i zaczynam wierzyć w siebie. Dzisiaj wierzę w to, że nie potrzebuję nikogo, kto powie mi jak świat funkcjonuje i co muszę zrobić, abym przypadkiem nie wypadł za burtę. Dzisiaj widzę, że sam tworzę swój świat i mam wszystko, czego potrzebuję aby poznać siebie w nowej wersji. Dzisiaj patrzę w lustro i widzę piękno, spokój, inteligencję i giętką ciekawość. Wyglądając przez okno widzę silnych, odważnych, śmiałych, kochających bez warunku ludzi, którzy wybierają to, co dla nich najkorzystniejsze. Nikt nie popełnia błędów, nikt nie jest niczemu winien, dlatego że świat jest perfekcyjny. Nikt nie potrzebuje pomocy, nadziei, ratunku, bo nikt nie jest sparaliżowany. Każdy jest częścią Egzystencji, która jest wieczna. Każdy więc ma nieskończoność na to, aby oswajać swój wewnętrzny ogień, uczyć się z nim bawić, i pielęgnować go zamiast z nim walczyć. Patrzę na rozkwitający świat na wiosnę. Patrzę na polanę młodych kwiatów, z pęków których wyrastają potulni, acz potężni Bogowie. Nie tacy, których ludzki folklor i religie udekorowały komiksowymi grzmotami, siwymi brodami do kolan, rozdrażnioną emocjonalnością, pychą, i systemem nagrody i kary. Ja widzę Bogów, którzy są ponad tą dziecinadą. Widzę Bogów, którzy są równi sobie. Widzę Bogów którzy współtworzą piękno bez wysiłku. Widzę Bogów, którzy doświadczają tego, czym świecą. Widzę Bogów, którzy doświadczają swojej Prawdy w Teraz.