Na nowo zaznajamiam się z Wolnością

Na nowo zaznajamiam się z Wolnością. Mam wrażenie, że zapomniałem o niej na długo, zaniedbałem ją i kazałem czekać na siebie. Kazałem czekać jej aż wypróżnię się ze wszystkich pragnień, oczekiwań i zbędnych ograniczeń umysłowych. Bywają momenty, kiedy nie jest mi wcale łatwo być znowu wolnym człowiekiem. Bywają takie, w których czuję się z tym niekomfortowo i niepewnie. Czasami po prostu nadal wstydzę się być szaleńcem. Nie jest łatwo być wolnym w świecie, w którym ludzie starają się za wszelką cenę bronić swoich ograniczeń i upierają się przy swoich egoistycznych perspektywach. Nie jest łatwo być wolnym, nie mieć zmartwień, nie być przywiązanym do niczego na stałe i obserwować w tym samym czasie ludzi broniących swojego komfortowego cierpienia, do którego przywykli. Zapomniałem na jakiś czas o swojej godności – o tym, że szaleństwo w świecie iluzji jest furtką do domu. Zapomniałem o tym, że mogę zwyczajnie zaakceptować cudze wybory i pozwolić ludziom cierpieć. Zapomniałem o wartości siebie, która nie jest usankcjonowana tym, ile zarabiam, jak często i gdzie podróżuję, co oferuję społeczeństwu, albo jak skutecznie i produktywnie sam się rozwijam. Zapomniałem o tej najprostszej wartości siebie – wiecznej i równej wszystkim pozostałym częściom Egzystencji – wartości bycia. Wartości człowieka, który nie robi, nie wytwarza, nie produkuje, nie zmienia, nie komentuje i nie kontroluje, a po prostu jest i obserwuje swoje bycie bez wysiłku. Przywykliśmy do nadawania sobie nawzajem znaczenia za konkretne osiągnięcia w nauce, sporcie, edukacji. Zapomnieliśmy jednak dostrzegać wartość w samym istnieniu – bez celu, bez znaczenia, bez trofeów, medali, certyfikatów i oklasków. Stawiamy na piedestale ambicje osiągania czegoś w przyszłości, całkowicie zapominając, że istniejąc Teraz osiągnęliśmy wszystko, co było tylko możliwe – bycie świadomym tej chwili, która jest ekspresją radości w rytmicznym pięknie współbrzmienia. Oddaliliśmy się od siebie nawzajem bo szukamy w innych ludziach satysfakcji zaspokajania własnych potrzeb i używamy ich jak obiekty sycące nasze uzależnienia. Naprawiamy się nawzajem bo nie czujemy się godni tego, aby kochać się bez warunków, oczekiwań i pretensji. Czujemy, że na miłość musimy sobie zapracować, jak na wszystko inne. Myślimy, że miłość ma konkretne wymiary, ma konkretną przyszłość, ma konkretny styl i wartość opisaną w banknotach o wysokim nominale.

Urodziłem się nagi. Nie znałem się na zegarku ani kalendarzach, nie znałem się na dietach bezglutenowych, oczyszczaniu oceanów z plastiku, podbijaniu kosmosu rakietami i dziesięciu prostych krokach na płaski brzuch. Nie wiedziałem nic o promocjach, oszczędności, kalkulacjach własnego szczęścia. Potem nadano mi imię i przekazano wartości, do których powinienem przystawać. Powiedziano mi też na czym będzie polegało moje życie i o której godzinie jutro pobudka, bo na tej planecie nie ma czasu na zdrowe wysypianie się w zgodzie z naturalnymi potrzebami naszego organizmu. Tutaj trzeba dopasować się do upływającego oddzielnie od nas czasu, którego to wiecznie jest na wszystko mało. Powiedziano mi, że na szczęście będę musiał sobie od teraz zapracować systematyczną i rzetelną pracą. Będę musiał powtarzać zapamiętane regułki z książek, odśpiewywać hymny narodowe w odpowiednie dni w roku oraz być dumny za wszystkie morderstwa narodowych bohaterów wojennych, które zapewniły nam ten wspaniały chaos, na który możemy teraz wspólnie pomarudzić. Musiałem przywyknąć na jakiś czas do dostawania ocen za swoje zachowanie i porównywać się z osiągnięciami rówieśników. Musiałem uczyć się też dzielenia w słupku, na wypadek gdyby wszystkie kalkulatory i komputery tego świata zostały skradzione w podejrzanych okolicznościach przez grupkę niebezpiecznych kosmitów. Powiedziano mi wyraźnie, że moja wartość jako człowieka zależy od tego, ile jestem w stanie zaoferować społeczeństwu, ile jestem w stanie wyprodukować użytecznych akcesoriów, które znajdą uznanie wśród rozpieszczonych konsumentów. Powiedziano mi, że warto reklamować swoje produkty jako lepsze od innych i sprzedawać je możliwie najskuteczniej – tak, żeby swoim sprytem i przebiegłością zdobyć pieniądze, które to zapewniają bezpieczeństwo, szacunek, i przede wszystkim wizerunek człowieka szczęśliwego – to ostatnie koniecznie uchwycone aparatem w telefonie i podane dumnie światu na zlajkowanie. W kościele powiedziano mi, że urodziłem się w grzechu i teraz, przez całe życie będę musiał na klęczkach odkupywać swoje zbawienie: czuć się winny za każdym razem, jak zrobię coś co podpowiada mi serce, ale wykracza poza przyjętą normę i prosić się o przebaczenie jakiegoś niewidzialnego boga, który za dobre wynagradza, a za złe karze.

Moja babcia lubi powtarzać, że urodziłem się z bujną czupryną na głowie. Teraz myślę, że moje zdumienie nad tym, co czeka mnie tu doświadczać było tak wielkie, że moje włosy naturalnie stanęły dęba zaraz po wynurzeniu się na ten niezwykły świat. Chwilę potem zaczęli nakładać na mnie ubrania i przekonywać, że w jednych kolorach wyglądam lepiej niż w innych. Mówili mi o tym, że jestem dobry w jednych aktywnościach, ale za to bardzo kiepski w innych, więc powinienem je sobie odpuścić, bo i tak mi się nigdy nie uda, bo to niebezpieczne, bo w przyszłości czeka mnie straszna krzywda. Mówili o tym, co jest korzystne, co się sprawdza i w jaki sposób warto zabezpieczać się przed nieznaną przyszłością, której trzeba się obawiać. Słuchając uważnie tego, co mówią, zacząłem dostrzegać chaotyczną strukturę tego owianego strachem, wstydem przed innością i niechętnego zmianom świata. Zacząłem zauważać mechanizm, który popycha ludzi do tworzenia własnego więzienia i bronienia konieczności kontynuowania jego dalszej rozbudowy. Zauważyłem zwyczajnie, że życie ludzi jest takie, jakie sobie wybiorą. W jakie uwierzą i jakiemu zaufają.
Teraz moje życie polega na powrocie do łona, do pierwotnego stanu sprzed czasu infiltracji mojego umysłu przez zaślepionych swoim umysłem. Moja droga do źródła polega na zrzucaniu kolejnych negatywnych przesądów, interpretacji i wierzeń na swój temat oraz mojej całej rzeczywistości. Jestem zafascynowany perspektywą szczerego, nagiego dziecka, które nie dba o egoistyczny wizerunek, a zwyczajnie wyraża swoje światło żyjąc powoli i radośnie, za pan brat z intuicją serca. Jestem zafascynowany perspektywą dziecka, które żyje zwierzęco i pewnie, bez wątpienia w swoje możliwości.

Powiedziano mi więc, że podlegam jakimś odgórnym regułom, których nieprzestrzeganie grozi usmażeniem w ogniu piekielnym. Teraz widzę, że życie nie ma żadnych zasad, żadnego znaczenia, celu, wagi. Jest całkowicie neutralną projekcją światła, która krystalizuje dla nas fizyczne doświadczenia i okoliczności pasujące do naszej wibracji, do naszego energetycznego skupienia. Podlegamy jedynie tym zasadom, którym sami zaufamy i zinterpretujemy energetycznie jako obowiązujący algorytm naszej rzeczywistości. Teraz wiem, że życie pasją uwalnia od strachu – a dowiedzą się o tym jedynie ci, którzy zaufają sobie i będą ją realizować bez względu na wszystko. Obiektywizm maskuje naszą wrodzoną unikalność, która nie polega na noszeniu tych samych jeansów co wszyscy, tylko w innym kolorze. Egoizm w formie szukania standardów, dopasowywania się do nich i zwalczania inności jest wspaniałym rozwiązaniem dla przestraszonych ludzi bez pasji, pozbawianych własnej wartości i miłości do siebie. Autentyczność i życie pełne soczystych odkryć jest dla ludzi odważnych, którzy pozwalają sobie eksplorować swoją wolność w pełni: bezwstydnie, pokornie i czule.