Melodia zwiastująca odmianę

W ferworze szukania jedynej obiektywnej prawdy, w czasach zaślepienia egoistycznym wizerunkiem, sposobami konserwacji tego wizerunku i szukania podziwu z zewnątrz, spokojnie wciskam hamulec i dystansuję się od człowieczej maniery podzielenia. Nie startuję do kolejnych wyścigów o lepsze i bezpieczniejsze przyszłości. Nie kalkuluję i nie przewiduję najkorzystniejszych scenariuszy. Widzę niepomierną korzyść niedającą się wpisać w żadne ramy w swoim doświadczeniu bieżącym, dlatego też nie wybiegam myślą za daleko wprzód, albo w tył. Widzę wszechświat, który manifestuje swe jędrne oblicze przede mną Teraz i w nim właśnie lokuję całe moje przyzwalające skupienie. Świat widzialny manifestuje się jako kreacja świetlna, refleks mojego wewnętrznego energetycznego skupienia. Nie jest on ani dobry, ani zły, ani ważny, ani błahy, ani odpowiedni ani karygodny. Nie ma żadnej pozytywnej ani negatywnej konotacji wpisanej w swój wbudowany algorytm. Mój obecny świat jest przesiany ze spolaryzowanych definicji i interpretacji. Doświadczam kolejnych chwil, które oferują czyste istnienie. Bezbronne istnienie pozbawione konfliktowych, konfrontacyjnych rynsztunków i zbrojeń. Istnienie nie udekorowane maską, nie zachwiane chciwością i próbami egoistycznej manipulacji. Czerpię z życia tyle, ile jest w stanie wchłonąć trzylatek po raz pierwszy w życiu doświadczający zimnego, mokrego śniegu na języku albo smaku kwaśnej cytryny. Doświadczam bezstronnej, bezwarunkowo akceptującej smugi żywego światła, która uwielbia bawić się w beztrosce i poznawać swpje nowe profile. Oddaję się fizycznej projekcji Teraz i chłonę z niej błogość, spokój, symbiotyczną wymianę kolorowych sił. To bardzo ekscytujący czas dla Ziemian oraz dla istot spoza Ziemi, które współtworzą z nami tę siatkę doświadczeń. To czas dostrzegania zmian. To czas zaufania inteligencji i precyzyjności natury oraz odpuszczenia kontrolującym, aroganckim mechanizmom i przeterminowanym systemom nagrody i kary.

Równolegle do naturalnego wzrostu i świadomych wyborów w każdym kolejnym Teraz, nie zaprzeczam swoim ograniczeniom, z którymi również jestem za pan brat. Nie oszukuję sam siebie i honoruję naleciałości podzielonego umysłu, którym do tej pory ufałem i które nadal czasami odbijają się ciężkim echem w ponurych, opustoszałych jaskiniach mojego człowieczeństwa. Kiedy dostrzegam w sobie zagubionego, ślepego kreta, z przyjemnością eksploruję ten obszar swojej świadomości. Dostrzeżenie swoich limitacji to jedyny sposób na to, aby zrezygnować z dalszego używania ich. Rejestruję je wszystkie, obserwuję wnikliwie i poświęcam im należną uwagę, kiedy tylko pojawią się w formie frustracji, wątpliwości lub emocjonalnej reakcji z poziomu ego. Badam, jakie uwarunkowanie mentalne sprawiło, że dana sytuacja wywołuje u mnie tak skrajne, niepożądane uczucia i interpretacje. Badam, jaki system wierzeń popchnął mnie do nakreślenia takiego schematu interpretacji rzeczywistości. Innymi słowy pytam sam siebie wewnętrznie: „W co takiego muszę wierzyć na temat siebie, zaistniałego przejawu oraz naszej wspólnej relacji, że odczuwam udrękę i ból?”. Siadając przed lustrem, pozwalam sobie wyrazić głośno i klarownie wszystkie te niefortunnie zaakceptowane przeświadczenia i dogmaty pochodzące z logicznie administrującego rzeczywistość umysłu. Oglądam je z pełną akceptacją po to, abym jednoznacznie i przejrzyście zauważył miałkość i bezcelowość ich rozgraniczających, kategoryzujących temperamentów. Obserwuję jakie wierzenia skłaniają mnie do działań w wysiłku z obawy przed przyszłością, obserwuję wierzenia namawiające mnie do poczucia winy i obowiązku odkupywania swoich grzechów z przeszłości, obserwuję wierzenia temperujące naturalne ekspresje twórcze i miłość do rozwijania swoich pasji. Obserwuję wszystkie kiełkujące wątpliwości w swojej głowie, ale nie podejmuję absolutnie żadnych działań aby je zatrzymać lub, żeby się ich pozbyć. Nie działam już dłużej pod wpływem strachu, nie aktywizuję się w zmiany niepokojącego toku myśli lub niekomfortowych uczuć pojawiających się w ciele. Nie staram się naprawiać wierzeń, nie dążę do pozbycia się ich. Nie walczę, a po prostu cierpię. Pozwalam im przedstawić to, co oferują. Jeśli nie proponują niczego interesującego i budującego – macham przyjaźnie ręką w geście zrozumienia, akceptacji i jednoczesnego pożegnania. To proces dekonstrukcji przestarzałych systemów wierzeń i ograniczających uwarunkowań. To higiena spirytualna, obdarzanie szacunkiem swojej niefizycznej istoty, która zasługuje na troskliwą pielęgnację i docenienie na równi z tą widzialną, powierzchowną warstwą mojej jaźni. Zauważając bezpośredni wpływ konkretnego wierzenia, które skłaniało mnie do tej pory do przyjmowania roli ofiary losu, jestem w stanie zrezygnować z podtrzymywania go dłużej w swoim umyśle. Rozpoznanie przyczyny swojej udręki (podtrzymywania bolesnej perspektywy) w zaufaniu wiarygodności samego wierzenia jest jedynym posunięciem niezbędnym do przekroczenia go. Teraz wybieram, aby nie potwierdzać dłużej swoich limitacji i w miarę możliwości nie podejmować działań opierających się na niesprzyjających rozwojowi programom i pętlom umysłu. Dzięki temu zabiegowi, przybieram postawę, która buduje we mnie poczucie godności osobistej. Przyjmuję postawę, która pozwala mi rozwijać swoje pasje i płynąć harmonijnie z prądem radosnej spontaniczności.

Nie obwiniam siebie za przyswojenie tych chorobotwórczych, cyklicznie napędzających swą siłę rotacji. Nie obwiniam również tych, którzy mi je nieświadomie serwowali w dzieciństwie. Ostatecznie, to ja wybrałem inkarnację w tym niezwykłym środowisku. Pojawiając się tu, dałem sobie piękną możliwość szlifowania warsztatu jako taktyk wibracji, jako rzeźbiarz światła, jako eksplorator potencjału świadomości, która nie zna terminu „niemożliwe”. Ja wybrałem, aby dawno temu uwierzyć w ideologie sprzedawane po promocyjnych cenach, ja wybrałem aby dać się omotać krzykliwym reklamom tandety, półśrodków i słabych jakościowo rozwiązań. Zrobiłem to wszystko po to, aby poznać możliwości swojego podzielonego umysłu, aby zobaczyć kim jest Bóg, który zapomniał, jak siebie kochać i szanować za całokształt. Wybrałem grę na czarno-białej planszy mistrzów ograniczeń i biegunowych orientacji. Wybrałem ludzkie życie na Planecie Ziemia – doświadczenie ekosystemu, który jest w trakcie transformacji w kompletnie nową wersję siebie. Wybrałem doświadczenie przestrzeni podzielonej na niespójne, spazmatycznie reagujące fragmenty układanki, szukające prawdy na zewnątrz siebie. Wybrałem to ja, nie zamierzam więc teraz marudzić i dąsać się niedojrzale. Przechodzę więc pewnie przez niespokojnie skrzypiące wrota piekieł. Drażniący pisk konwertuję wewnętrznie w łagodny, kojący balsam dla uszu – melodię zwiastującą odmianę, salwę obwieszczającą narodzenie świeżej, zdrowej perspektywy widzenia, gdzie każdy jest twórcą własnego, subiektywnie percypowanego wszechświata.

Nie opieram się niepokojom. Nie odtrącam emocjonalnych udręk i nie uciekam przed cierpieniem chowając się za ścianami standardów normalności. Spychanie swoich słabości na dalszy plan i zaniedbywanie ich prowadzi jedynie do większych rozczarowań. Nie poluję łapczywie na nieskuteczne wypełniacze „nudnego” czasu w formie tymczasowej odskoczni, płytkiej rozrywki w formie kupowania ozdobnych laurek, które po tygodniu zasypie gęsta warstwa kurzu. Nie szukam wymuszonego urozmaicenia, które przysłania zwykłą, pospolitą i bolesną prawdę. Nie szukam sobie rozrywek na pocieszenie. W zamian za to eksploruję przyczynę pojawienia się cierpienia związanego z zastałą stratą, porażką, poniżeniem. Kiedy uderza mnie fala konsternacji, żalu lub zazdrości – pozwalam jej obmyć każdą komórkę mojego ciała. Stapiam się z tą falą, staje się nią. Nie wstydzę się płakać, mówić o intymnych, głęboko zakorzenionych lękach, które noszę na swoich barkach od wielu lat. W trakcie dogłębnej analizy swoich wątpliwości, lęków, rozdrażnień, dopatruje się wierzeń, którym podporządkowanie się sprawiło, że moja relacja z doświadczeniem jest bolesna, wzbudzająca gniew lub odrazę. Lokalizuję te ograniczające filtry i dzięki temu, że je dostrzegam, nie muszę już z nich dłużej korzystać. Od tej pory są traktowane jedynie jako wybór, którego nie muszę dłużej dokonywać.

Nurkując świadomie w rzeczywistość podzielenia, poznałem przyczyny ludzkich lęków, nerwic, żali. Widzę, jak zaślepieni swym obiektywizmem, ludzie chaotycznie odbijają się od własnoręcznie zbudowanych, iluzorycznych ścian. Ludzie czują się zagubieni, ponieważ zapomnieli o swoim pierwiastku twórcy absolutnego. Nie zdają sobie sprawy z własnej boskości i bezwiednie narzucają na siebie kolejne restrykcje, obowiązki i zakazy w lęku przed nieznaną przyszłością. Większość ludzi nadal nie jest świadoma mechanizmu tworzenia własnych doświadczeń. Złościć się na to byłoby jedynie dodatkowym bagażem, niepotrzebnym ograniczaniem. Ludzie widzą siebie jako wiecznie niekompletny obiekt – brakujący miłości do samego siebie w Teraz. Obiekt zależny od manifestacji zewnętrznych i często podporządkowany im. Ponieważ ludzie nie kochają się za to, jakimi są naturalnie, starają się zapracować sobie na tę miłość, otrzymać ją z zewnątrz i w ten sposób zasklepić puste dziury swojego serca. Zdecydowałem się odwiedzić świat, w którym pierwsze skrzypce grają: brak godności, niepewność, wstyd przed naturalnością. Odważnie wybijam się poza przyjęte standardy podzielenia i nie oddalając się ani o centymetr od bieżącego doświadczenia, przemierzam pola bezwarunkowej akceptacji, zaufania i przyzwolenia. Moim portalem do rzeczywistości obfitości jest tworzenie nowej relacji z kolejnymi przejawami i przyjazna moim preferencjom interpretacja obrazu świata doświadczalnego. Mój stosunek ze światem bazuje teraz na oferowaniu wolności i kompletnej bezstronności. Mój obecny świat to jeden, holistyczny, połączony nicią zrozumienia i wzajemnej akceptacji byt.

Przestałem wyśmiewać wybory innych ludzi. Przestałem pouczać, namawiać do zmiany, proponować korzystniejsze alternatywy. Oferuję jedynie wgląd w serce. Jedyne czym teraz świecę to przyzwolenie na odnajdywanie własnych odpowiedzi wewnątrz. To przyzwolenie na prowadzenie się intuicyjnemu ruchowi autentyczności. Naturalnemu działaniu, szałowi niewinnego życia, który rwie kajdany uzależnień, przyzwyczajeń i jednocześnie inspiruje do aktywnego życia w szczerości. Serce wybija harmonijny rytm zgodny z zegarem kosmosu, wznieca iskry odprężenia i namawia do twórczej ekspresji. Widzę swój świat przez okular ustanowionej relacji i stanu bycia względem zaistniałych okoliczności. Jestem świadomy tego, w co wierzę, czemu ufam, jestem pewny swoich uwarunkowań kulturowych wchłoniętych razem z mlekiem matki. Dostrzegając te wierzenia i ideologie, które pochodzą z wiecznie niezaspokojonego, problematycznego umysłu, jestem w stanie je zaakceptować, doświadczyć i pokochać w pełni, żeby ostatecznie przekroczyć nie skupiając się na nich już dłużej. Jestem teraz panem swojego życia. Nie mam czerwonej peleryny szurającej po ziemi, złotej korony wysadzanej kamieniami szlachetnymi ani berła. Nie mam poddanych, nie mam wrogów, nie mam tronu, nie planuję żadnych wojen ani rozejmów. Jestem zwykłym Bogiem, jak każdy zielony pasikonik na łące i szary wilk w lesie. Jestem zwykłym Bogiem z kompasem w sercu. Podróżuję w kierunku szczęścia, nie gonię za symbolami wielkości, artefaktami dominacji i władzy natury czysto fizycznej. Jestem precyzyjny jak siła grawitacji, jestem potężny jak erupcja bezlitosnej lawy ogrzewającej od środka komnaty budzącego się nieoczekiwanie wulkanu. Jestem zwykłym Bogiem, równy z jednym ziarnkiem ryżu i z milionem konstelacji gwiezdnych na niebie. Nie mam zielonego pojęcia, co wydarzy się za chwilę, a w głębi duszy czuję niezachwiany spokój. Nic nie jest w stanie zatrzymać mojego życia, mojej nieśmiertelnej perspektywy widzenia, mojej wrażliwej istoty w formie poczwarki, która nieprzerwanie przeobraża się w delikatne motyle. Nic nie jest w stanie zatrzymać egzystencji i skazać jej na wygnanie. Jestem częścią życia, jestem częścią nieprzerwanego cyklu przekształceń, żyć więc będę wiecznie. Śmierć otwiera przede mną nowe drzwi, otwiera sklejone powieki i rozbudza zmysły w zapomnianym na chwile mieście nieodkrytych złudzeń i snów. Najłatwiej przychodzi mi teraz odkrywać to kim jestem a nie stawać się kimś z przyszłości. Nie uciekam w wykreowany w umyśle wizerunek człowieka sukcesu. Nie mam siły na tę kuriozalną gonitwę, nie mam siły na starania, codzienne wyrzeczenia oraz wysiłek. Teraz jestem w pełni wystarczający i mam wszystko, dzięki czemu odczuwam czujący strumień świadomości. Teraz mam wokół siebie całą masę zabawek, dzięki którym mogę zgłębiać swój geniusz. Mam kredki, trzy pomarańcze, mam ołówek, gumkę i latający dywan pod stopami. To wystarczy na co najmniej kilka nieskończoności dobrej imprezy.

Przyjąłem chyba najgłupszą z możliwych postaw, jakie logiczny umysł ludzki jest w stanie koncypować. Umysł egoistyczny, operujący w systemie przyczyn i skutków, stara się programować holograficzną projekcję światła w ten sposób, aby przybliżać jednostkę do doświadczeń, które to umysł definiuje jako przyjemne, korzystne, właściwe, komfortowe, produktywne lub po prostu dobre. W tym samym czasie, nie dostrzegając perfekcyjności każdej manifestacji w Teraz, wiecznie szuka balansu, ulepszenia i równowagi poprzez unikanie i odpychanie od siebie doświadczeń, które definiuje jako nieprzyjemne, bolesne, obraźliwe, bezużyteczne lub po prostu złe. Ja przyjmuję teraz postawę nieoceniającą i nie mierzącą kolejnych doświadczeń, nie łaknącą komentarzy i nie podpierającą się żadnymi autorytetami z zewnątrz. Budzę w sobie nieugiętą niezawodność i pewność, budzę główny autorytet w swoim sercu, nie w ikonach, symbolach i prawdach ludzi świata obiektywnego. Niedorzecznym byłoby teraz wrócić na powrót do szukania normalności. Niedorzecznym byłoby również podejmowanie prób wpasowania się w jej ramy. Ja wybieram niepewność i niebezpieczeństwo. Ja wybieram spotkania z bezlitosną szczerością. Już praktycznie zapomniałem, co to znaczy planować sobie bezpieczną przyszłość. Wyrzuciłem z pamięci pomysły na niebezpieczeństwo, i teraz pozostaje mi jedynie zmierzyć się z tym, co prezentuje się przede mną, bez wcześniejszego przygotowania. To brzmi ekscytująco. To brzmi jak ciągła nauka przez zabawę, rozumienie przez łzy, szlifowanie pasji przez konkretne działanie. Rytm mojej przyszłości wybija bęben, co pompuję krew do żył. Ten sam, który pozwala kwiatom więdnąć na zimę i kwitnąć z nadejściem pierwszych podmuchów wiosennego powietrza. Mój prężny bęben brzmi jak stado wkurwionych niedźwiedzi cyrkowych wyginających stalowe kraty swoich klatek. Dudni jak stado spoconych, brudnych, zmęczonych walką zwierząt. Trąbi donośnie i głośno jak słonie roznoszące cały cyrk w drobny pył. Brzmi jak zwierzęta wracające w objęcia dzikiej natury, z których zostały w pierwszej kolejności pojmane. Tańcząc radośnie między nimi odkrywam w sobie czarodzieja – człowieka, który inspiruje do działania swoim zachowaniem i warsztatem a nie pożądaniem oklasków i aprobaty.

Przemierzam tunel wyklejony obrazami, doświadczeniami zmysłowymi, nagimi myślami bez wbudowanego znaczenia. Oddaliłem się od agresywnego świata, który oferował mi toczenie piany z ust, przegrywanie i wygrywanie kolejnych walk, udowadnianie swojej wartości przed bacznie obserwującą chmarą sądnych oczu. Oddaliłem się od zawiści, pojedynków, głupoty, i zasiadłem wygodnie pod drzewem obfitości. Zjadam soczyste jabłka, które zdecydowały się opaść na ziemię i doturlać ochoczo na wyciągniecie moich rąk. Zjadam grzyby, kasztany oraz padlinę, którą ofiarowują mi w radości zwierzęta, tylko dlatego, że jestem ich sąsiadem, ich przyjacielem, ich łowcą. Odnalazłem stan inny od szczęścia i rozpaczy, odnalazłem stan spoza biegunowej skali, na której rzeczy są dobre i właściwe, lub okrutne i nie do przyjęcia. Jestem dostrojony do perspektywy widzenia, która nie potrafi już dłużej oceniać zjawisk przez pryzmat indywidualnych, emocjonalnych zachcianek. Widzę świat i ludzi jako wolne, całkowicie niezależne bóstwa, które promienieją swymi prawdami i doświadczają ich subtelności na płaszczyznach fizycznych i niefizycznych. Widzę każde stworzenie jak ożywioną świadomość, która stale dojrzewa w nową, nieznaną wersję siebie. Sam pozostaję całkowicie niezależny od wyborów i nastawień innych stworzeń. Nie boję się niczego, bo nic nie jest już niebezpieczne. Doświadczenia bywają ekstatycznie błogie i pełne uniesienia, bywają też bolesne do szpiku kości. Dzięki niespolaryzowanej relacji z rzeczywistością, nigdy nie brakuje mi apetytu na więcej.