Lubuję się w prostocie

Jestem prostym człowiekiem. Lubię otwarte, szczere relacje, przejrzyste sygnały, surowe, dosadne uczucia, nieskomplikowane wzory. Uwielbiam tarzać się w swojej dziecinnej naiwności, która wystrzega się definiowania, oceniania i kategoryzowania doświadczeń. Turlając się wesoło bez planu słucham zagubionych, roztargnionych dorosłych szukających wyższych sensów. Słucham stukotu wysokich obcasów, słucham nerwowych przełknięć ślin ludzi spieszących się marudzić. Słucham ich nałogowych przekomarzań i bezskutecznych prób udowodnienia sobie nawzajem słuszności swoich pretensjonalnych racji. Skomplikowani dorośli szukają rozwiązań sytuacji, poprawy obecnego stanu rzeczy i dogodnych, komfortowych wyjść z kryzysu. Unikają bolesnych strat i zawzięcie bronią swojej wystraszonej, egoistycznej tożsamości. Plątają swoje głowy narzucając kolejne restrykcje na swoją rzeczywistość – umniejszają tym samym swojej wartości i potwierdzają swoją bezsilność. To właśnie przez chęć kontroli swojego środowiska, odnajdują kolejne jego błędy. Programują dla siebie klęski następujące na przemian z osiągnięciami, ponieważ widzą braki w swojej rzeczywistości Teraz. Potrzebują współczucia, kiedy życie nie układa się po ich myśli, potrzebują też pochwały kiedy udało się im dogonić własny ogon. Wiecznie potrzebują impulsów z zewnątrz, wiecznie potrzebują czegoś, o co można intencjonalnie zabiegać. Ego potrzebuje wygranej aby czuć dumę i pyszność oraz przegranej aby szukać pocieszenia dla swej nędzy. Ego żyje w iluzji podzielenia. Reaguje mechanicznie, ponieważ nie potrafi samodzielnie kształtować swojego stanu bycia niezależnie od okoliczności.

Umysł logiczny jest zaślepiony efektami, skutkami, wynagrodzeniem, tym co czeka na mecie. Podzielony umysł będzie zatem kreował dla siebie kolejne pętle czasu i kolejne zagadki do rozwiązania, kolejne łamigłówki i lekcje, którym trzeba stawić czoło. Umysł będzie łaknął wiedzy teoretycznej, informacji o fenomenie, wytłumaczenia zjawiska używając przyczynowo-skutkowej mapy. Umysł czuje się bezpiecznie otulony wiedzą teoretyczną, która często służy za symbol eksponujący przewagę swojej perspektywy i jej dominacji nad innymi. Ego wykorzystuje wiedzę teoretyczną jako atrybut swojej władzy, swojej wartości, wykorzystuje wiedzę jako narzędzie prezentujące dominację. Ego obawia się oceny z zewnątrz. Obawia się eksperymentowania i nauki na własnych doświadczeniach, dlatego używa teorii zbudowanej na cudzych ideologiach jako tarczy dla swojego lenistwa i braku zaufania. Podlega niekorzystnym systemom wierzeń i kulturowym uwarunkowaniom oraz wykorzystuje je jako pretekst uniemożliwiający zmianę od wewnątrz. Ufając negatywnym wierzeniom racjonalizuje swoje próżniactwo i brak motywacji do zaangażowania się w radosne życie. Umysł kreuje więc kolejne cykle żmudnych procesów, wchłaniania skomplikowanych informacji oraz pełnych wysiłku i wyrzeczeń działań, ukończenie i przyswojenie których przybliża go do upragnionych zdobyczy w postaci konkretnych manifestacji fizycznych (pieniędzy, partnera, podróży, seksu, itd). Taka kompozycja logiki prowadzi do krótkotrwałego triumfu w przyszłości i ostatecznie powtórzenia algorytmu w kolejnym cyklu, na którym to bazuje cały program. Umysł czuje się wiecznie niewystarczająco dobry w chwili obecnej, skupia się więc na tym, co z zewnętrznego świata mogłoby wypełnić tę pustkę w czasie. Szuka nałogów, uzależnień i przywiązań emocjonalnych w rozrywce, w innych ludziach, itd. Szuka procesów i form, które zaspokoją tymczasowo jego wewnętrzne poczucie nieszczęścia i niespełnienia. Umysł ucieka więc przed samym sobą. W obawie o własną śmierć, ego buduje sobie gilotynę.

Obecność z kolei czuje się błogo w niewiedzy. Czuje się całkowicie wystarczającą będąc w zgodzie z prostym, niewytłumaczalnym Istnieniem chwili obecnej. Obecność nie musi wiedzieć skąd jest, dlaczego jest, do czego zmierza i czemu nie doświadcza czegoś innego. Nie musi znać odpowiedzi na żadne pytanie. Obecność jest czujna i świadoma. Obecność jest pełna i w zupełności wystarczająca. Zestrojenie w Teraz można więc odnaleźć jedynie w odpuszczeniu próbom nadzoru nad zdrowym, wolnym przepływem energii oraz wszystkich jej fizycznych i niefizycznych manifestacji. Otwarta Obecność eksploruje siebie w Teraz i nie wybiega łasymi myślami w czas linearny. Nie potrzebuje aprobaty z zewnątrz lub udowadniania swoich przekonań przed innymi. Nie grymasi na swój obecny stan bycia, nie narzeka na tło emocjonalne, uwarunkowanie kulturowe, pogodę, kolor słońca, itd. Obecna Świadomość jest stabilna, pewna siebie, twórcza i chłonna. Zauważa piękno w tym, na co patrzy, dlatego, że taki wybór jest najłatwiejszy. Zauważa bezwarunkową miłość w kompletnym obrazie własnego stworzenia, tylko dlatego, że może ją dostrzec. Nasza holograficzna projekcja posługuje się językiem koncentracji energetycznej i każdemu oferuje to, z czym rezonuje na poziomie wibracji. Dlatego zawsze pojawią się nowe błędy do poprawienia dla tych, którzy pasjonują się w łataniu dziur. Dlatego również zawsze pojawią się kolejne uświadomienia i sposoby na łatwiejsze, spokojniejsze, bardziej dostatnie życie dla tych, którzy postawili na rozwój świadomości i odkrywanie swojego niespolaryzowanego, niestronniczego potencjału. Obserwuję się dokładnie i zwracam uwagę na to, czy moje działanie jest podyktowane próbą kontynuacji mojej aroganckiej postawy domagającej się aplauzu, szacunku, aprobaty, czy pochodzi z wrażliwego rdzenia moich autentycznych preferencji – zdrowych, symbiotycznych modeli współistnienia. Nie szukam – ja odkrywam świat stworzony. Nie dostrzegam pomyłek – widzę jedynie możliwości wzrostu. Patrzę na coraz piękniejszy świat, który maluję dla siebie bez wysiłku.

Lustruję chaotyczne reakcje ludzi i ich marudne bitewki na słowa, i uśmiecham się w głębi duszy po cichu. Widzę, że motają się jak ławica ryb w grubej sieci przyswojonych i zaaprobowanych przyzwyczajeń. Widzę, że swoją łatwością i lekkością bycia wielu ludzi martwię, wielu drażnię, u wielu wywołuję wysypki na skórze i nerwowe burczenie w brzuchu. Niektórzy przechodzą obok mnie obojętnie, jeszcze inni pytają skąd biorę swój spokój, opanowanie i przyjemnie zrelaksowane usposobienie. Czasem spotykam dorosłych, którzy chcą sobie przypomnieć, czym jest beztroskie życie pełne radości. To są ci najodważniejsi, którzy nie boją się bezwstydnie odsłonić przede mną swoje rany i otworzyć się tym samym na moje wewnętrzne urazy. Takich ludzi uwielbiam najbardziej, tych którzy nie boją się cierpieć. Boli jednak tylko na początku, bo goła rana krwawi wstydem, poniżeniem, poczuciem dumy, winy lub brakiem wartości i godności siebie. Jeśli zostawiona w spokoju, po chwili zasklepia się organicznie sama i wtedy właśnie chętnie zapraszam na wspólna rundę fikołków w trawie. Prześlizguję się wtedy między problemami – nie dostrzegam ich polarności, nie nadaję rzeczom wagi, pozwalam ciężkiej logice swobodnie dryfować za horyzont. Nie tykam się prób odnajdywania wyższych sensów i niższych znaczeń. Nie podejmuję prób nadawania istotności konkretnym wydarzeniom, nie dekoruję konkretnych ludzi mianami autorytetów. Prestiż i doniosłość omijam szerokim łukiem. W ten sposób odbijam się od problemów. Odwracam głowę w przeciwnym kierunku, bo nie widzę w nich nic interesującego. Dostrzegam możliwość tworzenia sobie problemów przez logiczne analizowanie zjawisk. W każdym Teraz widzę szansę na budowanie napięcia posiłkowanego lękiem, brakiem lub wątpliwością. W każdym kolejnym momencie swojego życia dostrzegam sposobność do marudzenia i dramatyzowania. Nie wybieram tego już dłużej jednak, bo nie interesuje mnie już ta maniera oraz doświadczenia, jakie za sobą niesie. Nie wnosi za wiele do mojego prostego, niekłopotliwego życia. Znudziłem się marszczeniem brwi i odgrywaniem roli ofiary losu albo roli zbawiciela ludzkości – superbohatera z komiksu. Znudziłem się obwinianiem innych ludzi za świat, którego doświadczam. Znudziłem się naprawianiem czegoś, co nie jest, nie było, i nigdy nie będzie zepsute. Znudziłem się wysiłkiem, satysfakcją z osiągania celów w czasie, podziwem innych albo dumnym gloryfikowaniem tego, co samemu udało mi się urzeźbić.

 

Coraz rzadziej wspominam przeszłość z żalem lub poczuciem winy. Coraz częściej pozwalam sobie zauważyć pełnię piękna doświadczenia Teraz, które nie wymaga, aby wpisać je w żadne ramy emocjonalnych przywiązań. Uczę się wykraczać poza szablon emocjonalnych reakcji z poziomu ego. Zamieniam je na naturalną ekspresję nieustraszonej autentyczności. Coraz rzadziej moją głowę goszczą pełne nadziei myśli dotyczące dziurawych pragnień przyszłości. Zamieniam je na żywe pragnienie eksperymentowania z doświadczeniem obecnym. Zamieniam je na odkrywanie nowych możliwości, jakie ten oto moment dla mnie stwarza. Nie zadręczam się planami, nie chcę wiedzieć, czym stanę się jutro. Nie oczekuję, że ludzie się zmienią, nie oczekuję, że moje życie będzie łatwiejsze, szczęśliwsze, pełniejsze. Nie oczekuję niczego, bo przestałem już czekać. Teraz nie jestem sparaliżowany i Teraz mam wszystkie potrzebne mi narzędzia, aby tworzyć ze swoją rzeczywistością relację opartą na bezwarunkowej akceptacji i przyzwoleniu. Nie widzę błędów, widzę ekspansję w nową świadomość. Nie widzę braku, widzę obfitość i urodzaj nieskończonej eksploracji swojej jaźni. Widzę dokładnie to, co chcę widzieć, bez względu na to, na co patrze i jakimi etykietami to coś zostało do tej pory opisywane przez innych ludzi. Wznoszę się leciutko ponad iluzję obiektywnej prawdy. Teraz ufam prawdzie pochodzącej prosto z serca.

Zacząłem samodzielnie kształtować swoje doświadczenia przez zmianę swojej relacji z zaistniałymi okolicznościami – w ten sposób pozwalam sobie być integralną częścią całości, pozwalam sobie czytać tę całość po swojemu, pozwalam sobie interpretować zjawiska w taki sposób, który współbrzmi koherentnie z tonem mojego wesołego serducha. To naprawdę cudowne odnaleźć w sobie twórcę bieżącego doświadczenia. Twórcę bałaganu, twórcę harmonii, twórcę zgrzytu zębami i wyrywanych włosów, twórcę łagodnego uścisku dłoni w geście pogodzenia. Niezwykłym odkryciem jest dostrzeżenie twórcy absolutnego w sobie, twórcy absolutnego dostępnego na wyciągnięcie ręki 24/7. To pozwala stawić czoło swoim największym lękom i rozwijać swoje najskrytsze pasje i namiętności. Dzięki tej świadomości, jesteśmy w stanie dostrzec w lustrze tego, którego zapomnieliśmy pokochać. Wolę więc mierzyć się wewnętrznie z każdym swoim cieniem, z każdym egoistycznym wizerunkiem i z każdym ograniczeniem, któremu zaufałem niż inwestować w cudze propozycje i porady. Wolę samodzielnie zrzucić każdą fałszywą maskę i zostać goły, gotowy na pożarcie osądzającego tłumu, niż żywić nadzieję na sprzedanie swoich masek po korzystnej cenie. Nie stwarzam sobie już dylematów zrodzonych z nawyku wyszukiwania najkorzystniejszych rozwiązań. Nie widzę bowiem doświadczeń nie wartych wyboru. W mojej rzeczywistości nie ma doznań nie wartych skosztowania. Wybierając sercem bez zawahania, nie dostrzegam gorszej możliwości, doświadczam jedynie w skupieniu tego, co widzę swoimi złaknionymi oczami przed sobą. Nie szukam kompromisów, nie negocjuję z wiarygodnością swojej prawdy, którą jestem Teraz. Nie oszukuję się przewidując w trwodze prawdopodobieństwa nadchodzącej przyszłości. Dobrze mi w Teraz, dobrze mi w niekomfortowym nieprzygotowaniu. Nie wyczekuję konkretnych rezultatów, nie tropię przyczyn i nie poluję na skutki. Ja stąpam odważnie po kruchym lodzie Nieznanego. Pod naporem rozgrzanych stóp wiercę zgrabne przeręble i bez dodatkowego haustu powietrza do płuc zanurzam się w lodowatej czystości bezkresnej pustki. Świadomie topię swoje egoistyczne naleciałości. Zrzucam z siebie kolejne warstwy powinności, porzucam przywiązanie do systemu nagrody i kary. Znikam jako tożsamość identyfikująca się z formą, wynurzam się jako niezidentyfikowana ekspresja pospolitego, zrozumiałego Istnienia.