List do lustra

 

Mój prosty świat krzyczy do mnie wieczną tajemnicą. Przyjazną tajemnicą zaklętą w każdym przedmiocie, w każdym wypowiedzianym słowie, w każdej pojedynczej łzie zabarwionej wzruszeniem oraz iskrze płonącego zachwytu. Mój czujący świat pragnie być odkrywany, obserwowany. Chce, abym czynnie uczestniczył w naszym wspólnym przedstawieniu. Pragnie widzieć mnie pewnego siebie, swoich prawd i gotowego na niespodziewane roszady. Świat widzi mnie spokojnego i kochającego siebie w pełni zawsze, ufającego podskórnej, niezawodnej intuicji. Oferuje mi sposoby ciągłej adaptacji i przystosowania do nowej, piękniejszej cywilizacji. Odsłania przede mną kosmiczne rodziny, pepiniery cudotwórców, których spotkania w fizyczności wyczekuje cierpliwie moje stęsknione serce. Zamykam delikatnie oczy, otwieram na oścież swoją młodą duszę i podziwiam w przyzwoleniu kolejne królestwa lekkości - ziemie, wody i nieba pozbawione miar i czasu. Teraz prężę szyję wzwyż. Chóralnie, z całą wilczą mą rodziną, wyję radośnie w kierunku krągłego, iluminującego jasnym ciepłem księżyca. Kokietując swoim blaskiem, gwiazdy namawiają mnie, abym usiadł za sterami swojego życia i bez zająknięcia obdarowywał się tym, na co zasługuję. Chcą bym wiecznie kochał bardziej, bez warunków i wtórnej logiki. Wychodzę więc z jaskini snów i słucham ciszy, która skwierczy dokładnością. W niej zatapiam się bezwiednie, pozwalam kierować się precyzyjnej, dobrej naturze. W rozkoszy, znowu ginę.

Moja dusza dzisiaj śpiewa, bo urodziłem się wśród gwiazd. Rytmicznie napełniam płuca tlenem i cichym gwizdem wychwalam krajobraz przed sobą. Widzę klamkę, co ugina się pod naporem wełnianej rękawiczki. Widzę zmarzniętą, szklaną postać kobiety, co ogrzewa swoje pióra ciepłym powietrzem zagarniętym z wewnątrz. Wchodząc rozbłyska. Promienieje uśmiechem i wabi dostępnością. Odgarnia włosy i jarzy się jakby rój świetlików powoli budził się w jej brzuchu. Rozkwita siadając i zamawia wrzątek z gryczanym miodem. Wspólnie odkrywamy krainę pijanych, zagubionych bogów – dinozaurów w ludzkich skórach, pełzających chaotycznie wśród betonowych labiryntów wątpliwości. Przyglądamy się rozproszonym fragmentom mentalnej łamigłówki, które nie pozwalają ludziom kochać szczerze. Dostrzegamy blokady w formie filtrów polarności: sukcesów, porażek, emocjonalnych reakcji z poziomu ego. Zakulisowy widok na kondycję ludzką, obdartą z ozdób, brawury, scenicznego pozerstwa, popijamy słodkim wrzątkiem z cytrusami. Lamenty zagubionych tłumimy grubą warstwą szkła i płynną ambrozją na jej spodzie. Na zdrowie, nieznajoma syreno! Niech nam życie dalej darzy w cudach!

Nie dopinguję nikomu w osiąganiu sukcesów podszytych sztuczną maską zapomnienia, nie przybijam piątek konsternacjom zapożyczonym z nieistniejącej przyszłości. Ja zapewniam sobie przestrzeń, w której czuję się jak w domu teraz. Przestrzeń, w której jestem naturalny i gdzie mogę prezentować swoje świeże, smaczne szaleństwa. Dzisiaj leżę plackiem na kępie sprężystej trawy i jeżą mi się włosy na skroniach w radości, bo oto łagodny podmuch wiatru przywiał do mnie dziurawy, zielonożółty liść. Nie ma on nic wspólnego z celem, nadzieją, wyższym sensem albo żalem i poczuciem winy. Liść po prostu jest i przyleciał dla zabawy. Rozmowy z figlarnymi roślinami cenię sobie nie mniej niż ciepłą strawę w akompaniamencie półnagich kobiet. Jadam wtedy z dwóch talerzy jednocześnie. Oczami pożeram kobiecy nagi wzrok i inteligentne milczenie dopełniające zalotnemu nastrojowi. Podniebienie rozweselam kęsami surowego, krwistego tygrysiego mięsa. Apetyt rośnie w miarę jedzenia i w miarę rozpinania kolejnych guzików. Uwodzę spojrzeniem i daje się ponieść kobiecemu urokowi. Ja żyję, ja śpiewam, jestem sobą kiedy płonę!

Szczęście odnajduje w prostocie: w dotyku piękna, w dostrzeganiu prawdy, w podarowanej wolności, w ognistym nurcie przyzwolenia. Odpoczywam będąc szczerym. Trawię lęki w samotności przy dogasającej świeczce, odkrywam w sobie dziecko budując chybotliwe zamki z mokrego piasku. Zdyszane roboty jojczą o naprawach, planowaniu, porządkach i koniecznej segregacji. Ja odwracam się świadomie w margines, biorę rozpęd, rozpościeram puste kości w skrzydłach i nabieram pełen luz. Kiedy latam, nie mam imienia, mam za to samych przyjaciół. Dostrzegam dobro w ludziach, mówiąc do nich światłem z serca. Dostrzegam w sobie słodycz latarni morskiej, bezpiecznego portu i przystani dla strudzonych żeglarzy. Słucham w spokoju wzburzonych fal frustracji, niepokojów, pije z cudzych naczyń grzechu zmyślonego. Z łyków wchłanianej trucizny wyłapuję kojącą melodię bezbronnego istnienia. Transformuję toksynę w leczniczą medycynę. Obracam każdy lęk w pluszowego misia, co chce walczyć z piratami. W geście zrozumienia, rozkazuję napotkanym bestiom lizać ich głębokie rany w samotności. W potworach z bagien dostrzegam Piotrusia Pana, Małego Księcia, czytam im o Czarnoksiężniku z Oz. Widzę ryk morskiego gniewu jak odważny gest wołania o pomoc, oswajam więc potwory morskie wyciągając do nich rękę. Odpoczywam chłonąc życie, widząc piękno w okrucieństwie.

 

Gości w mojej duszy spokój, bo nie dokarmiam dzikich zwierząt zimą. Nie uczę nikogo aportować - znam już przecież kształt patyków, które rzucam przed siebie. Nie potrzebuje uczniów, pomagierów, nauczycieli i przewodników. Chcę się bratać z przyjaciółmi bez etykiet. Z ludźmi bez rasy, bez wypracowanego szacunku, zarobionego pamięcią wykształcenia, bez certyfikatów niezawodności. Chcę budować domki z piasku, burzyć je... i od nowa. Chcę prawdziwych ludzi – bogów, nie dbających o powagę. Spuszczam więc ze smyczy swoje obłąkane namiętności i oglądam jak w wolności ludzie odnajdują swoją drogę. Każdy swoją, każdy prawdziwą - doskonałą w każdym calu. Nie oswajam w sobie właściciela, tchórzliwego władcy świata z kulką prochu przy sakiewce. Nie chce instruować wedle planu, chce inspirować do szczerości, do zgubienia się bez mapy i znalezienia wyjścia samodzielnie. Chcę zachęcać do odnajdywania Boga w sobie. Do robienia rzeczy prostych. Pozwalam tygrysom zjadać swoje romantyczne kolacje w cieniu, pozwalam też sobie być przez nich zjadanym. Toczę się dostojnie w przód jak niewielka planeta z rozległą, bujną w życie biosferą. Ślizgam się po orbicie na bosaka, ustępując wszystkim troskom. Teraz nigdy się nie skończę, będę tańczył tak na zawsze! Będę kokietował się nowością, będę krzyczał razem z deszczem. Rozpocząłem swą krucjatę sam, pełen obaw i zadumy. Teraz tysiąc mężów przy mnie stoi, wrzeszczą że się Bóg w ich sercach rodzi. Rój potulnych wojowników, co złożyli swoje bronie. Rój prawdziwych mężczyzn, nie wstydzących się zatrzymać, spojrzeć w oczy i pojednać. Bez tarcz, dzid i noży - wspiera mnie swą gołą piersią, chlebem, wrażliwością i rozumem – rój płonących świec w ciemności.

Wsłuchuję się uważnie w harmonijne drgania ziemi, pod stopami słyszę ton mojego zielonego domu. Czuję rytm, w którym kiełkuje moja nowa relacja z rzeczywistością. Jestem szamanem, kiedy zamaszyście przeskakuję nad wysokim ogniskiem. Na chwilę zawisam w bezruchu tuż nad rumianym płomieniem, który nie powstydził się polizać pełną krawędź mojej stopy. Lewitując bez wysiłku odczytuję zaklęcia zapisane w żarzących się popiołach pod sobą. Wypowiadam je surowe, nieociosanym językiem dziecięcej fascynacji. Tworzę w ten sposób świat zespolony z wyobraźnią, spójny w zmysłach w doświadczeniu. Tożsamy z nieskończonym i swobodny w przepływie informacji. Wibruję świadomie, zespalając wyobraźnię z przestrzenią przeciętną, a przy tym jakże bogatą i urozmaiconą. Moje ruchome dzieło to radosne honorowanie orderem życia szarych ulic, nadawanie wyraźnego kształtu i dźwięku temu, co wydawać by się mogło nudne, przeciętne, martwe.

Punktem wyjściowym, wygodnym i całkowicie bezpiecznym centrum dowodzenia jest moja świadomość Istnienia i poczucie bezpieczeństwa, że istnieję już na zawsze. Kokpitem pilota jest relacja ze środowiskiem, którego doświadczam w tym momencie. Moja fizyczna rzeczywistość jest ulepioną w czasie, gęsto zbitą myślą, która ewoluuje zgodnie ze zmianami w obrębie mojej świadomości. Jest przedłużeniem mojej energetycznej ekspresji z wewnątrz. Dopasowuje się do moich prawd, zapewnia mi to, co wydycham razem z powietrzem. Cieszy mnie życie w zgodzie ze swoją autentyczną perspektywą i pogoda ducha, na którą coraz częściej zasługuję. Razem z wilczą rodziną, leśnym gwarem, psotnymi potworami z krain lęków i niepewności, oraz wszystkimi innymi widzialnymi i niewidzialnymi kreacjami, tworzę jeden, wieczny superorganizm – niepodzielny, nieskończony, stale zmieniający się nurt życia. Nurt, który odkrywa i doświadcza swój geniusz przez ciekawość Nieznanego i wolną ekspresję chwili. Pielęgnuję w sobie Twórcę, który nigdzie nie musi się spieszyć, który dokonuje wyborów w Teraz, który kocha, płacze, rzuca gniewnie piorunami. Odnajduję w sobie dzikie zwierze, które nie chce się oswajać. Jestem anielską bestią, która wielbi ponad wszelką miarę swój przeklęty garb ludzkich słabości, wypaczeń i nienaturalnych deformacji. Gnam przed siebie z ciemną chustą zawiązaną na oczach. Gnam świadomie w gęstą ścianę ograniczeń. Znikam.