Kto ma jakiś problem?

Chciałbym abyśmy wspólnie przyglądnęli się głównej przyczynie naszej ludzkiej niedoli. Chciałbym abyśmy zwolnili na chwilę natłok sądnych myśli i zatrzymali wartki nurt opiniotwórczych konceptualizacji pochodzących z zaaferowanego umysłu. Chciałbym abyśmy przeanalizowali w spokoju to, czym są nasze „problemy” w rzeczywistości i dlaczego tak trudno nam jest z nich zrezygnować. Łatwo zauważyć, że za każdym razem, kiedy interpretujemy jakieś zjawisko jako problem, pojawia się to w formie zdań: „Ja nie rozumiem, dlaczego to zdarzenie…”, „Ja chciałbym, żeby tamci ludzie…”, „Ja uważam, że to powinno być…”, „Ja obawiam się, że jeśli to zrobię, to ona…”, „Ja czuję niemoc i bezsilność w związku z jego…”, „Ja nie potrafię…”, „Ja oczekuję, żeby oni…”, „Ja czuję niechęć do…”, „Ja cierpię ze względu na…”. Zauważmy, że te zdania-prawdy są zbudowane z dwóch członów. Pierwszy z nich określa osobę, której przydarza się doświadczenie cierpienia. Drugi człon to próba wyjaśnienia tego bólu czynnikiem zewnętrznym – inną osobą, obiektem lub doświadczeniem, czyli życiem „puszczonym w ruch”.

W pierwszej kolejności korzystnie jest więc zauważyć, że nasz problem oparty jest na relacji dwóch składowych. Jest mieszanką energetycznego skupienia powstałą w trakcie interakcji dwóch lub większej ilości istot. Jest relacją i interpretacją, jaką tworzymy z naszym światem przedstawionym. Samo zjawisko, pojedyncze odczucie zmysłowe, mentalne czy duchowe, lub fizyczna ekspresja innych istot nie jest jednak problemem sama w sobie. Drzewo nie jest problemem dlatego, że rośnie, wypuszcza gałęzie i rodzi owoce. Słońce nie jest problemem dlatego, że świeci i podróżuje na trajektorii swojej spiralnie ukształtowanej orbity. Niedźwiedź nie czuje się problemem dlatego, że łapie w zęby łososia i zanosi go swojemu potomstwu. Deszcz nie czuje się problemem, dlatego że wsiąka w glebę i transportuje minerały dla roślin i mikroorganizmów żyjących pod naszymi stopami. Nożyczki razem ze swoim przeznaczeniem, telefony komórkowe, klucze, rozmowy internetowe, inwestycje finansowe, imieniny u cioci ani nawet nasze brudne, przepocone skarpety, również nie są problemem dla samych siebie. Wszystkie te kreacje mają bowiem konkretne zadanie, które chcą manifestować w świecie. Wszystkie te kreacje spełniają swoją rolę i realizują swoją wizję unikalnego wyrazu. Możemy zatem śmiało uzgodnić, że nasz „problem” nie jest jakimś namacalnym tworzywem na zewnątrz nas. Problem nie posiada konkretnej budowy, wagi, ilości, kształtu lub wymiaru – nie jest zbudowany z substancji materialnej. Nie jest to zatem coś, co moglibyśmy wytropić, sprytnie obezwładnić, a na końcu dumnie wsadzić do więzienia albo w ignorancji wyrzucić na śmietnik. Nie jest to nic trwałego materialnie, co moglibyśmy wykreślić z Kreacji, raz na zawsze.

Drugim krokiem w kierunku zrozumienia mechanizmu manifestacji swoich problematycznych doświadczeń jest skierowanie uwagi na pierwszy człon naszych Prawd – zdań opisujących te kłopotliwe koncentracje. Zauważmy, że o ile inne osoby, obiekty i zdarzenia wymieniają się sprawnie po drugiej stronie wagi, przedrostek „Ja” występuje w nich na początku niezmiennie. W następnych akapitach będę zachęcał Was do kontemplacji ze mną tego, czym to „Ja” jest i dostrzeżenia, że to właśnie ono jest odpowiedzialne w głównej mierze za stwarzanie sukcesywnych problemów. Każdy z nas ma swoje „Ja”, i dla każdego z osobna to „Ja” będzie oznaczało coś innego. Czym jest teraz świadomość „Ja” dla Ciebie, drogi Czytelniku? Po usłyszeniu takiego pytania, Twój umysł może automatycznie zacząć zalewać Cię lawiną odpowiedzi, które wchłonął do tej pory w trakcie swojej intelektualnie sprofilowanej absorpcji. Może również bronić się cynizmem i sarkazmem, wyśmiewając sam pomysł kontemplacji sensu i istoty Bycia. Umysł zapewne odpowie, że jesteś człowiekiem, mężczyzną lub kobietą, sportowcem, artystą, pielęgniarką, zbiorem poszczególnych pierwiastków ułożonych w zgrabną całość. Powie, że posiadasz narodowość, wybraną orientację seksualną, że masz tendencję do tycia, że jesteś katolikiem, buddystą, wegetarianinem, lub że jesteś kolekcjonerem zepsutych parasoli. Umysł zaleje cię odpowiedziami-definicjami, które sam wchłonął od innych i przyjął jako metodę na formowanie swojego poczucia jestestwa i przynależności do spokrewnionej grupy. Te objaśnienia bazujące na nazewnictwie konkretnych form, ich cech wyglądu, jakości i upodobań, umysł traktuje jako poszczególne algorytmy (powielane wzory) programu, na którym pracuje. Kiedy konkretna definicja zostanie powielona i utwierdzona wystarczająco wiele razy, zaczyna formować masywne wierzenie (przekonanie), któremu umysł staje się uległy. Niektórych wierzeń umysł nie jest w stanie nawet zakwestionować, ponieważ tak bardzo wrosły one w taśmowy program ograniczeń, którymi codziennie operuje.

Logicznie skoncentrowane Ego może powiedzieć, że „Ja” jest ulokowane w którejś części mózgu, serca albo… trzustki. Umysł może stwierdzić, że pewne istoty posiadają „Ja”, a inne nie. Może udowadniać, że całe „Ja” jest zbudowane z mniejszych części o wybranych nazwach, które to z kolei części są zbudowane z jeszcze mniejszych komponentów, o jeszcze innych nazwach, itd.. Może powiedzieć, że „Ja” należy do konkretnej podgrupy ssaków, wybranego znaku zodiaku, że utożsamia się z przeszłą lub przyszłą inkarnacją, rolą rodzica, rodziną galaktyczną, albo rysopisem organizmu w postaci kompozycji łańcucha DNA. Podzielony umysł uwielbia grać w ten sposób z naszym apetytem wiedzy przyczynowo-skutkowej. Uwielbia to, ponieważ z kolejnymi identyfikacjami i przyswojoną wiedzą o nich, czuje się bezpiecznie i komfortowo. Operując pojęciami intelektu wmawia sobie, że „rozumie” życie. Wmawia sobie, że wie kim jest oraz, że panuje nad sytuacją, bo zna rozwiązanie każdej zagadki i ma właściwe odpowiedzi. Umysł najpierw tworzy więc sobie wyjaśnienie dla niepojętej tajemnicy Istnienia i wiecznego poczucia świadomej egzystencji. Potem trzyma się kurczowo wybranych, zaakceptowanych pomysłów jej wyjaśnienia, aby nie runąć bezpowrotnie w otchłań błogości Nieznanego. Umysł obawia się odpuścić konkluzjom i opiniom. Obawia się niewiedzy i całkowitego braku identyfikacji z jakąkolwiek formą. Tworzy więc kolejne objaśniania, wzory i struktury, które ograniczają to pierwotne, całkowicie wolne i błogie poczucie siebie. Umysł ogranicza poczucie „Ja” do nakreślonych wcześniej skal, kategorii i szuflad. Opisy w liczbach lub słowach zastałych ruchów energii w obrębie Teraz, oraz prognozy potencjalnych zjawisk w przyszłości są głównym motorem napędowym darwinistycznej nauki. Umysł osadzony w przesłankach tych teorii spłyca swoje doświadczenie, bo w samej nazwie odnajduje satysfakcję i rozwiązanie. Nie pozwala sobie zagłębić się w szersze poziomy poznawcze – zanurkowania w empatyczne sieci połączeń energetycznych z danym zjawiskiem. Spolaryzowane opisy i czarno-białe definicje nie dotykają sedna interakcji pomiędzy poszczególnymi istotami. Nie pozwalają dostrzec najwyższej wartości w prostej wymianie energetycznej, która odbywa się formie podarunku. Definicje, wierzenia i opisy przeterminowanej nauki nie oferują pewności ani klarowności poczucia siebie, swojego sensu i przeznaczenia w relacji z ludźmi i przedstawicielami innych gatunków. Wierzenia i precyzyjnie dookreślone definicje, promują jedynie spekulacje, spory, roztargnienia i przypuszczenia.

Czytając ten tekst można by odnieść wrażenie, że jest coś wrogiego bądź negatywnego w samym tłumaczeniu sobie rzeczywistości symbolami nauki. Chciałbym sprostować, że zupełnie nie takie jest moje pojmowanie. Warto podkreślić, że wszystkie odpowiedzi naszego teoretycznego umysłu są jak najbardziej prawdziwe i słuszne. Są prawdziwe, ale w tym samym czasie bardzo ograniczone, to wszystko. Określają bowiem jedynie umówione konfiguracje i symboliczne hierarchie. Dotyczą uzgodnionych poziomów, warstw, podgrup i szczebli życia na płaszczyźnie społecznej, emocjonalnej, psychologicznej, politycznej, ekonomicznej, seksualnej, itp., oraz towarzyszące im definicje – słowne opisy zjawisk – w obrębie których się poruszają. Dobrze byłoby więc równocześnie wspomnieć, że nowe zjawiska, działania, relacje, inspiracje, idee, będą pojawiać się na palecie życia w nieskończoność. Dla tych, którzy podporządkowują się swoim umysłom, nazywanie poszczególnych elementów życia i budowanie swojej tożsamości na tej wiedzy, będzie więc oznaczało nic więcej jak niekończącą się udrękę niepewności i walkę o lepsze ich zrozumienie w przyszłości. Będzie mentalnym podnoszeniem ciężarów. Będzie manifestacją ciągłej próby klasyfikacji każdej napotkanej nowości. Będzie również próbą kontroli tych ludzi, obiektów, przejawów, które nijak się mają do uprawomocnionych przekonań z przeszłości zapewniających bezpieczny grunt pod stopami dla lękliwego Ego. Nie ma nic koherentnie złego w takiej manierze życia. O ile dalej pasjonuje kogoś mentalna szarpanina, to tłumaczenie sobie rzeczywistości nauką (która jest inną formą wiary), jest idealnym narzędziem do rozwijania tych namiętności. Moją aspiracją nie jest negowanie przydatności nauki. Moją intencją jest jedynie przypomnienie, że umysł będzie wiecznie starał się dogonić albo przegonić Kreację, nigdy jednak nie zechce odpuścić swojej niezdrowej ambicji w celu zintegrowania się z Naturą na nowo. Dlatego Ego nie odpowie nam na pytanie „Kim jesteś?”. Umysł będzie stwarzać jedynie kolejne wątpliwości, dywagacje, wyzwania i przeszkody, aby podtrzymać ten wizerunek niepełności, niepokoju i niewystarczającego zaspokojenia w danej chwili. Innymi słowy, odpowiedzi umysłu zaprowadzą nas jedynie do coraz bardziej złożonych i skomplikowanych wyjaśnień, a nie czystego doświadczenia błogości i prostoty Istnienia, których rozpoznanie jest w zamyśle tego tekstu.

Kiedy zostaje odkryty jakiś nowy gatunek zwierzęcia albo rośliny, automatycznie zostaje przez ludzi nazwany i skategoryzowany. Podobnie jest z nowym lądem lub ciałem niebieskim. Nie oznacza to jednak, że to żyjątko bez tej nazwy wcześniej nie istniało i nie posiadało swojego poczucia „Ja”. Podobnie jest zresztą z ludźmi, którzy przychodzą na świat nadzy, nie ubrani w żadne imiona, programy i uwarunkowania kulturowe. Noworodki przychodzą bez przynależności do konkretnego systemu wartości lub grupy religijnej. „Ja” nie pojawia się zatem równolegle z nazwą. Wieczne i nieograniczone „Ja” jest czymś ponadczasowym i niedefiniowalnym w słowach lub liczbach. Nazwa nie przybliża nas więc do wniknięcia w istotę swojej Jaźni. Jest jak najbardziej przydatna w celach komunikacyjnych – pomaga w zrozumiałej wymianie informacji – nie jest już pomocna jednak w empatycznym, współodczuwającym oddziaływaniu pomiędzy wybranymi istotami oraz zjednoczeniu się z własnym, unikalnym sensem bycia. Dzięki nazwom i definicjom nadanym poszczególnym zjawiskom, nie czujemy się przecież bardziej sobą. Bazując na nazwach, opisach i definicjach egzystujemy jedynie w krainie grząskiej i kapryśnej teorii, która nie jest najefektywniejszym aktem poznawczym. Akt poznania istoty Bycia rozpoczyna się w nieoceniającej i bezwarunkowo przyzwalającej uważności bezpośredniego doświadczenia. Bezosobowe poczucie Istnienia jest odkrywane zawsze w Teraz, w trakcie prostej obserwacji chwili obecnej oraz wszystkich odczuć zmysłowych i poza-zmysłowych, pozbawionych pochopnych wniosków, stwierdzeń i opinii na jego temat.

W celu odnalezienia naszego „Ja”, pozwólmy sobie zatem zostawić na chwilę wszystkie konceptualne wyjaśnienia umysłu i poszukać odpowiedzi w naszym bieżącym doświadczeniu. Każdy z nas jest w stanie zauważyć, że jest świadomy zachowania swojego umysłu. Każdy z nas widzi jego projekcje, dostrzega prezentowane obawy, pytania, niepokoje. Chciałbym zwrócić Twoją uwagę na rozpoznanie, że stawiając się w roli obserwatora tych wszystkich wierzeń i ograniczeń, nie możesz być w tym samym czasie nimi samymi. To wyzwalające uświadomienie, prawda? Skoro widzisz je w swoim polu świadomości, oznacza to, że mogą być co najwyżej częścią Ciebie, mogą być składową twojego ulotnego doświadczenia w Teraz. Nie są jednak z Tobą tożsame lub zespolone na stałe. Każda męcząca myśl przychodzi i odchodzi. Każde problematyczne wierzenie pojawia się w Twojej Świadomości, a później zostaje przedefiniowane na inne – bardziej korzystne i łatwiejsze w przyswojeniu. Każde kłopotliwe wrażenie zmysłowe, niekomfortowa interpretacja rzeczywistości, uczucie albo emocja, pojawia się bez wysiłku i jakiejkolwiek Twojej ingerencji. Pozostając w obrębie bezwarunkowo przyzwalającej Świadomości, która nie neguje i nie odpycha tych koncentracji, nie rozdrapujesz własnego strupa, który przysparza Ci swąd i cierpienie. Pozostajesz jedynie uważny i akceptujący kolejnych niewygodnych myśli i wierzeń. Jedynie przez swoją komplikującą inwigilację mentalną i angaż w celu odparcia tych myśli od siebie, możesz czuć się jak marionetka w ich rękach. Wtedy zdecydowanie możesz się czuć jakbyś znowu zdrapał swój strup, który będzie potrzebował dużo czasu na ponowne skrzepnięcie i regenerację. Aby przejąć na powrót kontrolę nad swoim życiem, zauważ, że wszystkie Twoje lęki i zmartwienia objawiają się samoistnie na ekranie Twojej świetlnej projekcji. Tworzą krajobraz teraźniejszego doświadczenia bez Twojej najmniejszej ingerencji. Nie wymagają od Ciebie żadnej uwagi ani opieki. W taki sam sposób, jak jesteś w stanie oglądać zachodzące słońce albo czuć bicie swojego serca, w taki sam sposób możesz obserwować swoje lęki i niepokoje z dystansu. Nie musisz kontrolować cyrkulacji krwi w swoim organizmie, tempa płynięcia płynów ustrojowych w Twoim układzie limfatycznym albo ilości wydychanego powietrza do płuc. Nie musisz też kontrolować żadnych procesów podtrzymujących przy życiu Twoje ciało, kiedy kładziesz się spać i dostrajasz się do częstotliwości niefizycznych, sennych projekcji. Dokładnie w ten sam sposób, nie musisz również kontrolować swoich lęków. Możesz pozwolić im zaprezentować to, co mają do zaoferowania w całkowicie nieoponujący sposób. Możesz obmyć się w nich jak pod strumieniem zimnej, orzeźwiającej wody. Dzięki temu zabiegowi, zauważasz piękno w każdym lęku, dostrzegasz jego celowość i przeznaczenie. Dzięki tej operacji wracasz do pierwotnego stanu totalnej Akceptacji i bezgranicznego Zaufania.

Warto tutaj zapytać, czym jest ta istota/jaźń obserwująca? Ona bowiem wydaje się mieć znacznie więcej wspólnego z tym czym jesteś, niż chwilowe fenomeny doświadczalne i ubrania-maski, które są niestałe w swej podstawie. Świat przedstawiony zawsze mutuje w nowe, wiecznie ruchome obrazy i doznania. Poczucie siebie jako Świadomości, w której te wszystkie fenomeny mają okazję zaistnieć, nie opuszcza Cię jednak nigdy. Jest solidne i oczywiste. Czy rozpoznanie tej Przestrzeni Przyzwolenia, w której całe życie się wydarza, jest odpowiedzią na nasze pytanie o jaźń kryjącą się za wszech stworzeniem? Według mnie, jest na pewno ciekawym i wartym zbadania kierunkiem. Spróbujmy teraz wspólnie odkryć, czym ta przestrzeń jest, zagłębić się w nią jeszcze bardziej… Na zadane poniżej pytania proponuję odpowiedzieć sobie w ciszy indywidualnie, bez fanfar i odruchowych werbalnych okrzyków pewności, bez podpierania się wiedzą z zewnętrznych źródeł. Proponuję odpowiedzi odnaleźć w skupieniu na delikatnych odczuciach pochodzących ze sfery Twojego Serca. A zatem, drogi Czytelniku, czy odkryta przez nas przestrzeń/świadomość ma jakiś określony kształt, albo swoją stałą lokalizację? Czy gdzieś się rozpoczyna, a gdzie indziej kończy? Czy jest młoda? Stara? Czy jest zmartwiona albo podekscytowana tym, co przedstawia? Czy jest jedna? Czy jest ich wiele? Jest zbudowana z materii czy z niefizycznych energii? Ma jakieś zadanie do wykonania albo powinność, której musi przestrzegać? Ma jakieś charakterystyczne cechy, jak pojedynczy kolor, wybrany nastrój albo niezmienny stan skupienia? Jest pełna, pusta, cicha lub głośna? Jeśli Twoje odpowiedzi brzmią „tak”, i jesteś w stanie dookreślić poczucie swojego „Ja” do jakichś ograniczonych komponentów, jakości czy atrybutów, oznacza to, że odnalazłeś swoje identyfikacje z poszczególnymi wierzeniami, które tworzą Twoje problemy i zmartwienia. Jeśli Twoje odpowiedzi na te pytania brzmią: „nie” lub „nie mam pojęcia”, to jesteś w grupie niewielu ludzi, którzy pozwolili sobie wspólnie dotknąć niekomfortowej niewiedzy i pokornej szczerości jednocześnie. Przyznanie własnej ułomności i bezradności w próbie opisania tej tajemniczej przestrzeni jest jednym z pierwszych kroków na drodze do zintegrowania się z Bezosobową Jaźnią Przyzwalającą.

Warto pamiętać, że niezależnie od tego, jak smutne, dramatyczne czy niezrozumiałe okoliczności życiowe by się nam wydawały, zawsze możemy przenieść swoje skupienie w pole tej żywej, zawsze dostępnej sfery drożnej obserwacji. Przestrzeń Bezwarunkowego Przyzwolenia jest zawsze dostępna i nawet kiedy wydaje nam się, że krew gotuje nam się w żyłach i za chwilę eksplodujemy, możemy śmiało skorzystać z jej leczniczych i uspokajających właściwości. W chwili słabości, niepokoju bądź gniewu, wystarczy bacznie obserwować je wszystkie i nie pozwolić im przejąć kontrolę nad naszym zachowaniem. Aby wyswobodzić się z nałogu przywiązania, należy przyzwolić każdej kolejnej myśli i odczuciu pojawić się w naszym ciele. Nie warto natomiast podejmować działań w celu przeciwdziałania wyrzeźbionego za pomocą myśli lęku, wątpliwości lub niepokoju. Nie angażując się w zapobiegliwość, pozwalamy im w naturalny sposób opuścić nasze pole obserwacji i zrobić miejsce tym projekcjom, które z życzliwością witalibyśmy w swoim życiu. Aby wymazać swoje obawy, poczucie braku bezpieczeństwa i braku godności osobistej, należy jedynie być ich świadomym w momencie manifestacji i nie podążać za nimi dalej. Jak wspólnie zauważyliśmy, naszym problematycznym „Ja” okazała się być identyfikacja z poszczególnymi myślami, wierzeniami, rolami w teatrze życia. Podobnie jak wszystkie nasze problemy, nasze „Ja” również nie jest fizycznym organem albo urządzeniem, które wymaga naprawy bądź ulepszenia. Iluzja posiadania oddzielnej osobowości oraz oddzielnych problemów jest bezpośrednim odzwierciedleniem naszego przywiązania z konkretnymi myślami o sobie, oczekiwaniami względem przyszłości, pragnieniami zmiany tego, co prezentuje się przed naszymi oczyma. Tresura niespokojnego „Ja” i transformacja szkodliwych koncentracji energetycznych okazuje się być ekscytującą przygodą, jeśli tylko pozwolimy sobie ją w ten sposób oglądać. Metamorfoza lęku i jego demonstracji w formie podziałów w bezwarunkową miłość i pełne zjednoczenie to niezwykle subtelny proces. To szlak, którym kroczy odważna jednostka gotowa odpuścić wysiłkowi i dumie. To ścieżka dla gotowych na otwarcie się na pokorę i autentyczność. Znacznie naturalniej w końcu wspólnie nie wiedzieć nic i przyznać się do tego otwarcie, niż oddzielnie próbować wiedzieć lepiej od pozostałych.

 

Niezwykle łatwo przychodzi nam osądzać nasze okoliczności życiowe i obwiniać siebie lub innych za zastałe sytuacje. W swoim maruderstwie i umniejszaniu swojej wartości bowiem, ćwiczyliśmy się niemalże całe życie. Jesteśmy mistrzami w graniu poszkodowanej ofiary losu. W byciu naturalną ekspresją swoich pasji oraz w praktyce pogłębiania swojej uważności i autentyczności, szkoli się natomiast jedynie ułamek społeczeństwa. Niewielu z nas odważa się bowiem odpuścić swoim nałogom egoistycznego umysłu. Odpuszczenie szkodliwemu przyzwyczajeniu, przekonaniu lub identyfikacji wiąże się bowiem z wyjściem ze swojej strefy komfortu, a to nie jest atrakcyjne dla większości ludzi. Ze zwinnością antylopy uciekamy przed konfrontacją z własnymi lękami. Z szybkością geparda polujemy natomiast na kolejne sukcesy i osiągnięcia w przyszłości, które mają przysłonić nasze wewnętrznie skrywane obawy i niepokoje. Goniąc w ten sposób za czymś lepszym kiedyś, nie zapewniamy sobie jednak spokojnej przestrzeni Tu i Teraz. W ten sposób generujemy niepotrzebny stres i tworzymy nieświadomie pętle kolejnych przeszkód, problemów i trudności. Podlegając ograniczonym przeświadczeniom logicznie ukierunkowanego umysłu, komplikujemy swój prosty w podstawie świat, aby codziennie mężnie walczyć z wybudowanymi własnoręcznie wiatrakami. Powołujemy je do życia swoją ciężką pracą, wysiłkiem intelektualnym i przywiązaniami emocjonalnymi. Przez zatwardziałą namiętność do powielania tych cyklów, nie pozwalamy odkryć w sobie Nieskończonej Jaźni – swobodnie tańczących pasm czułej, bezosobowej energii, która jest zupełnie niezależna od czynników zewnętrznych. Jest od nich niezależna, ponieważ nie oddziela się od nich. Bezosobowa Jaźń Przyzwalająca jest integralną częścią każdego doświadczenia. Jest jednością z każdą kolejną manifestacją. Jako ludzie – zamaskowane osobowości ego – obawiamy się zanurkować w tej Jaźni Wolności, ponieważ to oznaczałoby naszą śmierć. Nie fizyczną śmierć ciała, a jedynie śmierć iluzji o istnieniu jakiejś oddzielnej osobowości, która czuje się wiecznie niewystarczająca i niezaspokojona. Niczym pojedyncze, wartkie górskie potoki i drążące zawiłe koryta rzeki, obawiamy się wpłynąć do oczekującego nas spokojnego oceanu. Lękamy się zjednoczenia się w bezkresnym polu wiecznego „My”. Przeznaczeniem każdej rzeki jest jednak wpłynięcie do oceanu i stanie się nim na powrót. Podobnie, przeznaczeniem człowieka w ujęciu transcendentalnym jest odpuszczenie tej uciążliwej idei oddzielnej osobowości i troski o nią. Przeznaczeniem człowieka jest zintegrowanie się na nowo z całym istnieniem w formie wieloosobowego „My” – wielowymiarowej istoty o niewyznaczonych granicach żadnymi wierzeniami. Na drodze do naszego spokojnego oceanu, rezygnujemy z problematycznych uwarunkowań umysłu. Dzięki temu odkrywamy Jaźń, która czuje się spełniona w samym akcie istnienia – bycia sobą w stałej ko-relacji z resztą istniejących bytów. Odkrywamy Jaźń, która niczego nie potrzebuje, niczego nie wymaga, niczego nie musi. Czuje się spełniona w samej możliwości doświadczania siebie na różne sposoby, doświadczania czegokolwiek w ogóle dzięki stale ewoluującym wymianom energetycznym.

Ciekawie jest wychylić się poza nawias znajomego podwórka – tożsamości z ciałem, roli producenta albo klienta, mężczyzny albo kobiety, nadanego wieku, nastroju emocjonalnego, jakości zdrowia, wchłoniętej i zaakceptowanej pamięci czy przynależności do przypisanej w momencie urodzenia narodowości… Intrygującym samopoznaniem jest doświadczać siebie w błogostanie czystej niewiedzy tego, kim się jest, oraz tego, kim się będzie za chwilę. Obserwuję porzucanie kolejnych wierzeń i utożsamień. Obserwuję życie wyswobadzające się z okowów ograniczonego umysłu. Rozplątuję supeł przywiązania promującego strategie doskonalenia jako niezbędne aspekty człowieczeństwa. Teraz żyję bez polegania na zmagazynowanej w czasie wiedzy, pamięci. Bez praktyk poprawiania, bez ponaglania mojego zrównoważonego tempa rozwoju, bez rytuałów doskonalenia nastawionych na szybki i efektowny rezultat w przyszłości. Odpuszczam męczącym konwencjom społecznym wytrącającym spokojne, niezmącone jezioro mojego Bycia w Teraz. Żyję bez potrzeby tłumaczenia sobie sensu istnienia przez astrologiczny znaku zodiaku i jego domniemane implikacje, bez polegania na wymyślonej pozycji w hierarchii społecznej i wynikających z niej obowiązków i praw, bez polegania na wartościach opisanych w opiniach innych ludzi. Znacznie bardziej interesującym zajęciem od lokowania poczucia siebie w kontenerach kolejnych definicji, pojemnikach hipotetycznych przydatności czy celowości, jest swobodna obserwacja siebie jako Wolnego Życia nie będącego przytroczonego do żadnej formy lub treści na stałe. Pasjonującym odnajduję obserwację poczynań ludzkości z dystansu. Radość odnajduję w przyzwalającym oglądzie ich napiętych intencji zmiany, ulepszenia, chęci odwetu i innych ekspresjach podzielenia… Przyglądam się uważnie zamiarom kontrolowania życia przez ludzi z perspektywy nieoceniającej Świadomości. Z perspektywy Obecności nie ukierunkowanej na żaden konkretny wynik lub rezultat tych działań w przyszłości. Zabiegiem poszerzającym moje pole obserwacji jest porzucanie utożsamiania się ze swoimi indywidualnymi problemami, pragnieniami lub zasługami jako jednostki i odkrywanie piękna w prostocie Przyzwolenia dla całego istniejącego stworzenia. Sztuka zdrowych i szczerych relacji to odnajdywanie piękna w obrębie całości mojego bieżącego doświadczenia.