Rozpalać świeczki w jaskiniach

 

Napisze wam o tym, co mi wyrasta z okolic serca. Kiełkuje o każdej porze, nie czeka na słoneczne dni. Rozciąga się jak guma i przykleja do powierzchni tworzyw wszelakich. Przebija się przez trawiaste sufity, wierci kanały w ślepych murach i ogląda przestrzeń poza nimi. Wrasta z wszystkich możliwych stron w coraz bardziej grząskie, podmokłe podłogi. Te intencje rosną jakiś czas, potem znowu na chwilę staję się człowiekiem. Muskam wtedy mokrą trawę palcem swojej stopy w wysokim piruecie, to jedyny moment kiedy dotykam czegoś gęstszego od powietrza. Czuję. Zwykle pozwalam sobie rozpływać się w powietrzu łagodnie i nie tykać się metali ciężkich, przyzwyczajeń, życia. Ulegam jednak iluzji i wracam do niej z wielką chęcią, bo za każdym razem kiedy się przebijam w świeże, dzikie, nieznane doświadczenia, wyzwania, lekcje, odniesienia, zapoznaję się z nowym rodzajem powietrza, drgam z zachwytu, pieję, napełniam wzruszeniem i wibruję swym pragnieniem po gładkim łuku wzwyż. Robię to codziennie. Mam teraz wiele dachów nad swoją głową, po niektórych z nich jeżdżę na rowerze. Mam wiele nowych dachów, i wiele nowych powietrzy do skosztowania nad nimi. Przez wydrążone wcześniej dziury, patrzę też chętnym wzrokiem w nieba – jedne z dachów wspólnych nam wszystkim. Oglądam na nich gwiazdy i oglądam na nich słońca. Codziennie odnajduję nowe. Pod niektórymi niebami zasypiam, pod innymi się budzę. Grzeję swoje ręce przy ognisku.

Mam wielu niewidzialnych przyjaciół, którym ufam bardziej niż temu, co widzę. Jestem więc nienormalny, niezwykły, nietypowy i bardzo pewny siebie. Dla niektórych z moich przyjaciół, rower jest sufitem, dla innych jest dachem, dla tych najmniej widocznych potrafi być formą powietrza. Czasem rozumiem swój rower dużo bardziej niż swoich widzialnych znajomych. Czasem oddycham swoim rowerem bardziej niż zwykłem oddychać do tej pory powietrzem. Oprócz tego jestem dzieckiem biosfery, tutaj jest mój dom. Rosnę w dwie strony, od igieł, ogonków, liści i promieni słońca na ich powierzchni po najgłębsze, najbardziej gęsto zbite koniuszki korzeni. Rosnę też wszerz. Nowe, sprężyste słoje warstwią mój brzuch, skórę i włosy. Moje włosy tańczą kiedy spływa po nich woda, a zamykając oczy wlewam się cały przez wąski lejek do środka i podlewam to, co ma wyrosnąć mi z serca w kolejnym cyklu spełnienia. Rano się budzę i zaczynam używać warzyw, żeby napełniać swój brzuch pysznością, swoją głowę nowymi pomysłami i dostarczać swoim mięśniom chęci ponownego rozprężenia. Od luźnego uśmiechu w szwach pęka ma szczęka, gorące serce płonie niezawodnie, ginie tyle razy, ile potrzebuje, żeby ze swych popiołów ożywić się na nowo. Pulsuję, drgam, odbijam się od wymyślonych ścian.

sam brown 1

 

Używam niektórych roślin, żeby rozmawiać w innych językach, żeby rozmawiać ze zwierzętami, albo żeby rozmawiać bez słów. W pewnym momencie język się bowiem kończy. Staje się niepotrzebny: tonie, rozwarstwia i znika. I wtedy zaczyna się cisza. Język odpoczywa w tej ciszy. Język się tam opatula kołdrami i układa się do snu. Pomięte kołdry prostują pustą przestrzeń, w której cisza jest na stałe zawieszona. Pomagają jej zniknąć całkowicie, albo nabrać sił na ponowne zabrzmienie. Marzę o nowej formie planetarnego języka, telepatycznej komunikacji, znacznie bardziej szczegółowej i bezpośredniej niż werbalny język, którym się posługuję na co dzień. Marzę, że wszyscy jesteśmy goli w swoich komunikatach, przeźroczyści, szczerzy, pozbawieni wstydu i nie mający nic do ukrycia. Marzę, że każdy z nas jest w stanie robić i pokazywać to, co kocha i obserwować z podziwem to, co kochają inni ludzie. Marzę o ruchomej geometrii stanów, doznań, doświadczeń, przyjaznej planszy życia, która pozwala każdemu z nas rozwijać się, zmieniać, uczyć i śmiać.

Jesteśmy siatką wspólnych wyobrażeń, tęsknot, wizji. Wybieramy sobie pomysły, inspirujemy innych swoimi działaniami. Jesteśmy tymi, na których patrzymy, jesteśmy tymi, których zjadamy, jesteśmy tymi, za których cierpimy, jesteśmy wreszcie tutaj dla siebie nawzajem, by dokonywać połączeń i obserwować przepustowość wybranych, przyjaznych nam energii. Dlatego obracam się w towarzystwie ludzi, którzy wiedzą, że przyjemniej jest dzielić pustkę na dwoje, niż mieć cokolwiek samemu. Obracam się w kręgach tych istot, które szanują wolną wolę innych ludzi i nie narzucają swojego sposobu myślenia. Wykreśliliśmy z naszych słowników słowa „powinność” i „słuszność”. Zostały zamienione „chęcią” i „świadomym wyborem”. Świadomie polujemy więc na te same zwierzęta i ofiarowujemy się równie świadomie jako strawa dla wyższych energii. Znamy swoje miejsce w cyklach przyrody, wiemy jak balansować energię, która nas tworzy. Wiemy którędy wrócić do domu. Jesteśmy ekipą sprzątającą wibracyjny bałagan, jesteśmy drużyną polerującą diamenty w ludzkich sercach.

sam brown 3

 

Możemy mieć wszystko, czego tylko chcemy. W taki sam sposób w jaki tworzymy cywilizację opartą na konkurencji, dominacji, pretensji i strachu, możemy tworzyć planetę – ogród – wesołe miasteczko, która będzie operować jedynie miłością, wyrozumiałością, współczuciem i dynamicznym rozwojem. Nie ma procesów nieodwracalnych, nie ma procesów, które muszą się skończyć w określony sposób. Istnieje szeroki wachlarz dostępnych prawdopodobieństw i nic nie jest ustalone z góry. Możesz w to uwierzyć, albo przejść obok tego pomysłu obojętnie. Możesz się śmiać, transformować i wzmacniać umierając, możesz cierpieć i płakać będąc obdarowanym najdelikatniejszą miłością w trakcie narodzin. Możesz umierać i rodzić się codziennie, możesz umrzeć tylko raz w ciągu życia i nie narodzić się już nigdy. Możesz stawiać sobie poprzeczkę coraz wyżej i celebrować momenty zwycięstwa, uświadomienia, pełniejszej ekspresji. Możesz karmić się działaniami innych ludzi i samemu nie kiwnąć nawet palcem, aby spełnić chociaż jedno swoje marzenie. Możesz trwonić swoje zasoby energetyczne zdobyte ciężką pracą, wyrzeczeniami i wysiłkiem intelektualnym na podtrzymywanie i ciągłe karmienie pomysłów na nudne, niepewne życie. Możesz też w stanie całkowitej relaksacji, bezwysiłkowo generować nieskończone pokłady darmowej życiodajnej energii, którą jesteś w swojej istocie. Możesz z każdym wdechem kochać życie coraz bardziej, możesz razem z wydechem zarażać swoim egoizmem. Możesz mieć rację i być wiecznie smutnym, albo możesz nie wiedzieć niczego i czuć empatię w kierunku każdej istoty tworzącej ten wszechświat. Możesz przywiązywać się do symboli, możesz być wolny od jakichkolwiek znaczeń. Możesz kwitnąć z każdym upadkiem, możesz czuć się niewystarczająco dobrym stercząc na szczycie najwyższej drabiny. Wybierz więc sobie. Co jest fajniejsze? Co się teraz podoba? Które jest teraz w telewizji, radio i na plakatach, a które jest kiedy zamkniesz oczy zaraz przed pójściem spać? Które chciałbyś komuś podarować, a z którego sam wolałbyś zrezygnować jak najszybciej?

Jesteś znacznie większy niż myślisz. Jesteś większy niż wszystkie pomysły na objętość są w stanie razem pomieścić. Możesz wszystko! Jak to brzmi? Brzmi, jak coś banalnego, bardzo prostego do wyśmiania, albo odpuszczenia sobie na samym wstępie. Właśnie dlatego możliwość doświadczania wszystkiego, czego się tylko pragnie i manifestowania pięknych rzeczy w swoim życiu, noszenie poczucia nieskończonych możliwość jest zarezerwowane jedynie dla tych, którzy są w stanie dostrzec w tym pomyśle potencjał i w niego odważnie zainwestować. Czym śmielej i odważniej marzysz, tym łatwiej przychodzi ci spełnianie kolejnych pragnień. Równając się z Bogiem, eksplorujesz najbardziej wyrafinowane i unikalne zakamarki dostępnej, świadomej egzystencji. Sięgając w swych marzeniach do gwiazd, najprawdopodobniej zajdziesz w okolice Księżyca. Marząc o wypiciu cappuccino na Księżycu, zapewne uda ci się opuścić kiedyś Ziemię. Jeśli twoją najwyższą ambicją jest zdobycie złotego medalu na olimpiadzie, najprawdopodobniej będziesz członkiem reprezentacji kraju. Jeśli jednak twoim największym marzeniem jest wytrwać do końca zmiany w pracy i w tym samym czasie nie strzelić sobie w głowę, najprawdopodobniej nie uda ci się nawet nabić pistoletu. Marz więc odważnie, marz świadomie i marz najdalej, gdzie tylko twoje zmysły, intuicja i wyobraźnia są w stanie cię zaprowadzić. Marz o niemożliwym, i oglądaj jak bezwysiłkowo to niemożliwe do ciebie przychodzi. Oglądaj jak znikasz. Podziwiaj, jak giniesz. Żyj!

sam brown 2

Kiedy oddaję swoje życie w ręce miłości, moje sanki fruną nad jednym kamieniem dłużej niż spada cały potrzebny śnieg, żeby wyciągnąć sanki z piwnicy. Potrafię kurczyć czas kiedy mam na to ochotę, rozciągać przestrzeń, kiedy mi ciasno w ubraniu. Przepoczwarzam się w lepsze wersje siebie, skrzydlate, świadome, dzikie i bezbłędne. Staje się nieco cichszy niż ryk lwa, nieco bardziej drapieżny niż trzepot skrzydeł kolibra. Jestem zmienny jak chmura, lotny jak gaz. Niosę światło, którego nie da się stłumić, zagłuszyć, pominąć. Płonę pięknym, bezbarwnym, bezkształtnym światłem pospolitości. Interesuję się klarownością, nie zadawaniem pytań. Nie czekam na czyjeś opinie lub wyjaśnienia, sam definiuję swój świat według moich preferencji. Interesuję się obserwowaniem odpowiedzi, które mam w sobie, patrzeniem na to, na co mnie dzięki nim stać. Interesuję się precyzowaniem kontaktu z pozaplanetarnymi cywilizacjami i poznawaniem sposobów fizycznej interakcji z nimi na naszym ziemskim planie rzeczywistości. Interesuję się lewitacją w powietrzu, cyrkulacją energii poznanymi mi obwodami wewnątrz mojego organizmu. Stale emituję bezwarunkową miłość, praktykuję leczenie przez dotyk, wzrok, intencję i skupienie uwagi. Uczę się geometrii pustki i jak mówić o niej do wielu ludzi naraz. Pragnę być zdrowy, giętki i przeźroczysty, i pragnę tego dla każdego w zasięgu mojego wzroku. Chcę wybuchać z radości kilka razy na sekundę i rodzić się w nowej skórze między eksplozjami. Chcę rozpalać świeczki w jaskiniach.

/na obrazach światy Sam’a Brown/

Dodaj komentarz