Życie Marzeniami Każdego Dnia – Grecja 2016

Od dziecka towarzyszyło mi wrażenie, że z tym światem jest coś nie tak. Czułem, że nie pasuję do tych kanciastych, niewygodnych realiów, do ustanawianych norm i przestrzeganych reguł. Przekonanie, że życie powinno być łatwe, przyjemne i pełne radości w każdym kolejnym momencie, nie opuszczało mnie nigdy. Starałem się pielęgnować w sobie tę dziecięcą naiwność i nie pozwolić jej nigdy zgasnąć, dlatego w sytuacjach, które wymagały ode mnie wykonywania czynności, których wolałem unikać, albo których nie rozumiałem, budziło masę wątpliwości. Opierałem się więc o wątpliwość i kwestionowałem „niepodważalne prawdy”, nie chciałem bowiem iść na kompromis. Nie rozumiałem, dlaczego radość miałaby być uwarunkowana poświęceniem, kalkulacją albo wysiłkiem. Teraz, dzięki dogłębnej obserwacji i pracy nad swoim stanem bycia widzę, że nasza naturalna, wrodzona radość, ciekawość i zaduma nad pięknem tego świata nie wymaga zupełnie niczego. Nie jest warunkowana żadnym poświęceniem, jeśli tylko my sami zdecydujemy się z niego rezygnować. Przyzwyczailiśmy się jednak twierdzić inaczej, dlatego większość ludzi na tej planecie żyje nadal w przekonaniu, że szczęście i wewnętrzny spokój jest wypadkową ilości przepracowanych godzin oraz wszelkich starań i zmagań w celu osiągnięcia tego stanu. Czym bardziej jednak oddalamy w czasie swój spokój od momentu teraźniejszego, czym bardziej odgradzamy się od niego barykadą wymyślnych przesądów na temat tego w jakich okolicznościach powinien się on objawić, tym trudniej nam zauważyć go w chwili obecnej. Niezwykle kojącym odnajduję myśl, że nikt nie może odebrać mi przywileju obserwowania rzeczy po swojemu. Stąpając po drabinie swoich marzeń, kolejnych szczebli w odkrywaniu swojego szczęścia nie traktuję jak pułapek od losu, z którymi muszę się ścierać. Widzę je jak wyzwania, jak kolejne naturalne etapy mojej drogi, którym chcę sprostać, aby osiągnąć swój cel.

Siedmioletnie dziecko zapytało kiedyś moją przyjaciółkę dlaczego dorośli ludzie przez większość czasu robią to, co muszą, a nie to, na co mieliby ochotę. Ciężko jej było odpowiedzieć cokolwiek konstruktywnego i wcale się temu nie dziwię, bo to rzeczywiście wysoce paradoksalna a jednocześnie prawdziwa tendencja we współczesnych społeczeństwach. Mam jednak pewien pomysł na odpowiedź. Większość ludzi jest tak przyzwyczajona do powielania utartych schematów, które najwyraźniej dla nich nie pracują, jest tak przywiązana do przeterminowanych koncepcji, ideologii i wierzeń, a przy tym przeświadczonych do przymusu korzystania z tych nawyków myślowych, że nie potrafią otworzyć się na inne możliwości. Warto jednak otworzyć się z powrotem na magię wyobraźni i zaufać jej potężnej mocy twórczej. Przestać marzyć byłoby w moim przekonaniu pozbawieniem się najistotniejszego narzędzia, którym kształtuję swoje przyszłe doświadczenia. Ostatecznie wszystkie doświadczenia rodzą z pragnienia, z pragnienia wprowadzenia ich w życie.

Bardzo istotnym elementem naszego rozwoju osobistego zatem jest rozwijanie umiejętności samodzielnego myślenia, uczenia się na własnych błędach i dostrzeganie całego procesu nauki jak dobrej zabawy, w której zdecydowaliśmy się brać udział z własnej woli. Dlatego właśnie uważam, że kluczowym aspektem edukacji naszych dzieci powinno być rozbudzanie w nich pierwiastków pioniera, wynalazcy, odkrywcy, namawianie ich do konstruowania własnych opinii, interpretacji, wizji, a niekoniecznie wtłaczanie w nich sztywnych, mało atrakcyjnych teorii z przeszłości. Szczerze wierzę w to, że dzieci przychodzą na świat żeby uczyć nas nowych, świeżych perspektyw. Przychodzą z nowymi pragnieniami i inspiracjami i bardzo korzystnym zarówno dla nas jak i dla nich będzie pozwolenie im wprowadzanie tych odważnych zmian. Konserwowanie teorii, interpretacji, ideologii bazujących na wydarzeniach sprzed tysięcy lat wstecz lub jeszcze wcześniej jest zwyczajnie mieszaniem im w głowach i spowalnianiem ich rozwoju. Dziecko samo wie najlepiej czego potrzebuje, żeby się rozwijać w ulubionej dziedzinie życia. Najlepsza informacja zatem to taka, która jedynie wskazuje na potencjał mądrości, który drzemie w każdym z nas. Najlepszy nauczyciel z kolei to taki, który jedynie wskazuję drogę, ukierunkowuje w korzystną stronę, otwiera drzwi i proponuje uczniowi, żeby przeszedł przez nie sam. Z moich doświadczeń wynika jasno, że największa radość i najbardziej efektywna nauka wypływa, kiedy przebudzenia i otwarcia na nowe perspektywy rodzą się z naszych osobistych doświadczeń, a nie z czyichś, popierane nawet najbardziej przekonywującymi argumentami.

12345

123456

„Można więc uciekać od byka, można łapać go za rogi i próbować powalić na kolana, można też sypnąć bykowi w oczy garścią piasku, można wreszcie uśpić byka śpiewając mu kołysanki albo zwyczajnie odmówić wyjścia na arenę”. Tak piszę Robert M. Pirsig w swojej książce Zen i sztuka obsługi motocykla.

Rezygnując z nieciekawej pracy i rutyny codziennych obowiązków, wybrałem ten ostatni wariant, czyli nie brania udziału w wyścigu. Wyprawa do Indii była moją pierwszą ekspresją buntu przeciwko znużeniu i monotonii codziennego miejskiego życia. Decyzja o dalekiej podróży pojawiła się w mojej głowie między innymi w odpowiedzi na sen, w którym jako samotny, zgorzkniały i nudny starzec wypominałem sobie przed lustrem, że nie robiłem w życiu tego, na co miałem ochotę. Codzienna praca, która polegała na wykonywaniu tych samych, mechanicznych czynności, oraz stagnacja umysłowa będąca nieuniknionym efektem tej rutyny, w pewnym momencie wydała się zwyczajnie nie do zniesienia.

Przed wyjazdem nie opuszczało mnie wrażenie, że przez całe dotychczasowe życie byłem popychany do kolejnych szkół i egzaminów, popychany na uroczystości kościelne i do składania na nich obietnic lub wzbudzania w trakcie nich w sobie poczucia winy i nigdy niezrozumiałego grzechu, popychany do wykonywania prac umniejszających mojemu potencjałowi, czy wreszcie obligowany do konwencjonalnych zachowań w stosunku do rodziny i rówieśników. Wtedy miałem wrażenie, że moje życie zostało zaplanowane według sztywnych ram, które są niezmienne i nieuniknione dla każdego człowieka. W chwili, w której zdecydowałem, że potrzebuję zmiany otoczenia, zaczerpnięcia świeżego powietrza, większej przestrzeni i swobody ruchu, zacząłem dostrzegać inne możliwości poruszania się w tym świecie, inne metody interpretacji zachodzących w nim zjawisk. Wyjechałem więc głównie dlatego, że chciałem poczuć, jak to jest zrobić coś, czego się pragnie w głębi serca najbardziej, bez pytania o zgodę, bez czekania na oklaski i aprobatę. Dzięki temu ruchowi, w trakcie motocyklowej podróży po Indiach zacząłem oswajać się z myślą, że to ja wybiorę sobie własną drogę życiową, i o ile zdanie innych ludzi może być cennym drogowskazem, o tyle ostateczne decyzje w każdej sprawie, zawsze będą należeć do mnie. Innymi słowy, dojrzałem do tego, żeby wreszcie wziąć sprawy w swoje ręce.

Dzięki tej odważnej decyzji porzucenia tego co znane, przewidywalne i nudne, otworzyłem się na zupełnie nowy sposób postrzegania rzeczywistości. Sposób patrzenia na rzeczywistość jak na własny twór, którego zmiany są determinowane wolnością wyboru i bezgranicznym zaufaniem do nich. Dzisiaj jestem głęboko osadzony w wygodnej perspektywie, z której widzę wyraźnie, że wyścig jest daremny i iluzoryczny, a podtrzymywać tę gonitwę możemy tak długo, jak długo będziemy musieli sobie nawzajem cokolwiek udowadniać. Dostrzegłem, że znacznie korzystniej jest zauważyć wartość w chwili, którą tworzymy wspólnie w danym momencie, nauczyć się dostrzegać w niej najwyższy sens i czerpać z bogactwa doznań i nauk, jakie oferuje. Warto zauważyć, że nie jesteśmy oddzielnymi jednostkami, które są zdane tylko na siebie. Przeciwnie, wspólnie tworzymy jeden święty organizm. Ze zrozumieniem naszych nierozerwalnych połączeń i zależności przychodzi poczucie zespolenia z całym swoim otoczeniem. Dużo łatwiej i przyjemniej budować własną obfitość pomagając w tym samym czasie budować obfitość istot wokół. Z większym szacunkiem do globalnej wspólnoty jako jednego, niepodzielnego kolektywu, przychodzi większe poczucie bezpieczeństwa i integralności ze swoim środowiskiem, a poruszanie się w nim staje się łatwe jak puszczanie latawca. Nie trzeba przewidywać kilku ruchów na przód jak w szachach albo polityce, nie trzeba obliczać, jak głęboki wykopać dół-zasadzkę, żeby skutecznie przechytrzyć swojego przeciwnika, tracąc przy tym jak najmniejszą ilość swoich figur. W wyniku wytworzenia tego iluzorycznego podziału na białe i czarne figury, doznajemy tarć między nimi. Proponuję Wam dołączyć do zabawy opartej na innych zasadach – do tanecznych popisów Jedności. Piszę o tańcu, ponieważ w grze niepodzielności i bezgranicznego zaufania w bezwarunkową miłość nie ma przeciwników, a każdy wędrowiec napotkany na Twojej drodze jest sprzymierzeńcem, który oferuje swoją pomoc i chęć współdzielenia doświadczeń. Wszyscy jesteśmy dziećmi tej planety, w taki sam sposób jak owoce są dziećmi drzewa na którym wyrosły. Po dołączeniu do kolektywu Jedności, jedyną zasadą na naszej planszy życia staje się podążanie za swoimi radościami i pasjami.

Nie chcę traktować swojej pracy zarobkowej, jak czasu zmarnowanego na czynności, które mnie nie interesują. Nie chcę kalkulować, ile czasu mojego cennego życia kosztować mnie będą buty, których potrzebuję, żeby wspinać się na góry. Chcę być pewnym, że zasługuję na te buty, bo dzięki nim mogę robić to, co kocham. Nie chcę przeliczać swoich pragnień na roztrwoniony czas, któremu do tej pory czasami pozwalałem przeciekać przez palce. Od teraz nie zamierzam podejmować żadnych działań, w których nie widzę zainteresowania, radości, możliwości rozwijania swoich pasji. Zauważyłem bowiem, że każda sekunda tego wspaniałego życia jest bezcenna. Jesteśmy udziałem fascynującego eksperymentu Natury i pragnę w pełni poświęcić się temu co kocham. Chcę realizować krok po kroku wymarzony plan dla mojego głównego motywu tego życia, robiąc to, do czego moje ciało zostało w naturalny sposób zaprojektowane. Dzięki tej szczerej decyzji mogę być pewnym, że będę wspierany z każdej możliwej strony, aby swą miłość pielęgnować i rozwijać. Tak jest skonstruowany bowiem ten wszechświat, że cała kreacja w nim zawarta jest naszym wytworem, naszym wyborem i naszą decyzją. To my jesteśmy iskrą, która inicjuje kolejne przejawy naszego życia, i dopóki sami nie zdecydujemy, że zamierzamy się w pełni oddać swoim marzeniom, pasjom i pragnieniom, dopóty nie będziemy w stanie oglądać swoich doświadczeń jak owoców tejże decyzji. Można spędzić swoje życie na przeróżnych rzeczach: Można oddać się kalkulacji, porównywaniu, narzekaniu, ocenianiu i obwinianiu ludzi i zdarzeń. Można spędzić masę swojego czasu na zamartwianie się swoją przyszłością albo pływaniu w uczuciu niezaspokojenia, poczucia niestabilności i strachu. Na szczęście można też wybrać zupełnie odwrotnie i zrezygnować z tych wszystkich aspektów, które nie rezonują z twoim wewnętrznym poczuciem spełnienia i radości. Można skierować swoje macki w stronę spełniania swoich marzeń, rozwoju duchowego, pracy nad swoją pasją. Kiedy zdecydujemy się otworzyć przed sobą te drzwi wolności, zachwytu i piękna, zauważymy kolejne i kolejne czekające na otwarcie zaraz obok. Pierwszy ruch zamykania za sobą starych przyzwyczajeń i otwierania świeżego, nieoceniającego, współczującego spojrzenia musi jednak należeć do nas, bo Wszechświat nie lubi marnować swojej energii i wysyłać nam prezentów, które zupełnie nie pasują do naszego wibracyjnego nastawienia. Dlatego w momencie, w którym jesteś pewien, że zasługujesz na swoje marzenie, otrzymujesz je, ale nigdy przedtem. Po odpowiednim rozpędzeniu się i zaufaniu nowemu pomysłowi na życie, w pewnym momencie zyskujesz taką pewność dla swoich pragnień i wiary w ich spełnienie, że wszystkie wcześniejsze rozterki dotyczące słuszności, obowiązku lub powinności rozpływają się same przed ich obliczem, stają się miałkie i zwyczajnie niewarte uwagi.

 

Dodaj komentarz