Peru – Paragliding!

peru paragliding 1

Dziennik z Podróży – Małpie Pomarańcze

Śnią mi się ostatnio podróże, w których moje ciało nie rusza się z miejsca. Nie muszę w nich wysiadać, bo za chwilę przypływ, nie muszę zmieniać biegu, spieszyć się, kontrolować wysokości, nie muszę się też zatrzymywać. Patrzę swobodnie w niebo, co rozpuszcza się w sobie, powoli zamazuje i znika. Napoczętą, ledwo dostrzegalną pustkę traktuje wtedy jak tło, na którym łatwo malować. Odpoczywam, ale bynajmniej nie bujam w obłokach, ślizgam się między nimi bracie. Na czystym niebie nad sobą, oglądam niebo, które mamy na ziemi. W międzyczasie zrywam po ciemku z drzew owoce i słucham, o jakim niebie marzą one.

Zapewniam was, w trakcie obierania pomarańczy ze skórki lewą ręką można wynieść dużo więcej radości i nauki niż na eksperymentalnym locie w kosmos z błyskotliwą małpą-pilotem w pakiecie. Czasami, zgrywając chojraka, pakuję się na lewo do rakiety, nie zapinam pasów bezpieczeństwa i wychylam luzacki łokieć przez wydrapaną wcześniej szparę. Kiedy uderzymy w jakąś nieodkrytą jeszcze planetę, najczęściej ze wstydem ląduję w objęciach włochatego kapitana statku, który najpierw musi cierpliwie składać mnie jak papierowe origami, a co gorsza, później zmieniać planowany kurs, na najbliższą placówkę szpitalną refundującą operacje wypadków kosmicznych. Ostatecznie, lądując w gipsie od opuszków dziesięciu palców po czubek jednego nosa, nie jestem w stanie ani zwiedzać i nadawać imion nowym planetom, ani zdzierać gorzkich ubrań z ulubionych owoców. Bywa więc różnie. Kiedy zdrowie, opanowanie i koncentracja dopisuje, potrafię zedrzeć i całą skórkę z pomarańczy w jednym pasku z zamkniętymi oczami. Potem nie śpię całą noc z podekscytowania i nie tykam się pomarańczy przez kilka następnych tygodni, żeby nie psuć sobie statystyk. A czasami odkryję jakąś nową planetę, ale przejdę obok niej obojętnie jak na wieść o kolejnej wojnie, nie zapisuję tego nigdzie i puszczam w niepamięć z kolejnym wydechem.

peru paragliding 5

Żeby zaoszczędzić sobie szpitalnego żarcia i wątpliwych czułości ze strony zwięrząt-ratowników, coraz częściej mierzę siły na zamiary. Obserwuję z podziwem i doceniam swoje środowisko zanim zapragnę je zamienić na inne albo przekształcać na siłę, podporządkowywać sobie. Ostatnio więc, coraz częściej oglądam jak zmieniam się razem z zapachem pomarańczy, którymi napełniam swój głodny brzuch, bo po to między innymi wylądowałem na tej o to planecie, która ładną nazwę już od kogoś otrzymała. Wiem, że gdybym tylko na to pozwolił, mógłbym odlecieć na pomarańczowej skórce dalej niż najnowocześniejsze rakiety na to pozwalają. Ale przecież nie ma się gdzie spieszyć, a odkrywanie i eksploracja nowego może być na szczęście pięknym, leniwym leżeniem do góry brzuchem. W końcu można oglądać pustą, gładką przestrzeń sufitu i widzieć w niej nieskończony potencjał, można też patrzeć na skomplikowane obiekty wokół siebie, gubić się w nich i nie zauważać w nich żadnej wartości. Do owoców mam szacunek za to właśnie, że są ciche, smaczne i można wycisnąć z nich wiele subtelności. Tym razem na przykład, dwie minuty z jedną ćwiartka przeżutego owocu wystarczyły, żebym zrozumiał, że z motyką na księżyc lepiej się nie wybierać, dużo korzystniej za to zabrać ze sobą garść słodkich pomarańczy.

peru paragliding 6

Dodaj komentarz